Filmomaniak.pl Newsroom Filmy Seriale Obsada Netflix HBO Amazon Disney+ TvFilmy
Wiadomość filmy i seriale 6 sierpnia 2022, 13:29

Prey nie przeraża, ale zachwyca niemal jak Predator

Prey wygrało więcej niż jedno rozdanie. Nie tylko jest pierwszym udanym filmowym originalsem na Disney Plus, ale też ratuje serię Predator przed popadnięciem w zapomnieniem. A zupełnie przy okazji to naprawdę dobry, trzymający w napięciu film.

Predator może być wybitnym kosmicznym myśliwym, ale jako twór kinowy to ma przerąbane. Z filmu Shane’a Blacka z 2018 ludzie wychodzili z kina. Wcześniejsze Predators było w miarę, ale szału nie robiło, a podcykl Alien vs. Predator został już obśmiany na wszystkie możliwe sposoby. Chyba tylko dwa pierwsze obrazy możemy uznać za autentycznie udane (tak, dziejącą się w miejskiej dżungli dwójkę też). Natomiast Prey odnosi sukces na kilku polach jednocześnie. To udany „originals” Disney Plus (choć pierwotnie kręcono go jako film kinowy dużego studia), jednocześnie z powodzeniem ożywia skostniałą serię. A wszystko przez to, cholernie dobrze się go ogląda, nawet jeśli o kilka detali można się przyczepić. Może nie straszy – ale trzyma widza w napięciu do ostatnich chwil.

Łowca

Naprawdę mądrzy ludzie wiedzą, że proste jest piękne. Prey jest proste. Opowiada o zwierzynie, przynęcie, łowcach i ofiarach. O przemocy, o chwilowej władzy nad drugą istotą. O polowaniu. Honoruje reguły, które ustalił John McTiernam w pierwszym Predatorze i stosuje je, by opowiedzieć własną, żywą i mięsistą – ale właśnie prostą – historię. Prostą, a przez to silną i wdzięczną, niemal bez fałszu.

Prey nie przeraża, ale zachwyca niemal jak Predator - ilustracja #1

Młoda Indianka z Komanczów, Naru (świetna Amber Midthunder), chce przejść inicjację na łowcę, choć część plemienia oczekuje od niej przyjęcia innej roli. Tymczasem na terytorium pojawia się agresywne zwierzę – oraz zagrożenie, które prawdopodobnie nadciągnęło z innego świata.

Ja wiem, jakie to zagrożenie, wy wiecie jakie to zagrożenie, a Dan Trachtenberg wiedział, że my wiemy. I nie czaił się z tym za bardzo, ale i tak potrafił zbudować napięcie, suspens i sprawił, że znów możemy traktować Predatora jako drapieżcę, zagrożenie, metaforę łowów i naturalnego porządku. Całkiem nieźle, kiedy film z jednej strony działa jako samodzielna, surowa historia, a z drugiej odczarowuje ośmieszenie, z jakim zostawiła serię poprzednia odsłona, wyreżyserowana przez Shane’a Blacka.

Prey to bezpretensjonalna, intensywna opowieść o walce o przetrwanie. Choć opowiada o Komanczach walczących z kosmitą i popełnia kilka głupotek, trzyma łeb przy ziemi niczym pies, który złapał trop. Widać to w szczególności w sposobie traktowania głównej bohaterki. Pewnie, to chodzący zlepek klasycznych motywów. Pewnie, ma sporo do udowodnienia, ale prowadząc tę postać Trachtenberg oraz Amber Midthunder uniknęli pułapek współczesnego kina i zamiast merysujki dostarczyli bohaterkę z krwi i kości. Bohaterkę, która dostaje łomot i jeszcze nie wszystkiego jest pewna. Bohaterkę, która dopiero uczy się przez rozpoznanie bojem, jak wykorzystywać swój potencjał. Bohaterkę, która popełnia błędy i jest sympatyczna.

A że ma do pokonania klasyczną drogę bohatera, przypadkowy rytuał przejścia? Z jakiegoś powodu ten typ historii działa, jeśli jest dobrze użyty. W Prey działa znakomicie. A jeśli ktoś zna lore tego świata, to może dostrzec poetycką ironię w tej odsłonie – istnieje bowiem szansa, że tym razem dwoje łowców zalicza właśnie rytuał przejścia – Naru i Predator.

Prey nie przeraża, ale zachwyca niemal jak Predator - ilustracja #2

Akcja, choć niczym już nie straszy, trzyma nas na krawędzi fotela intensywnością oraz namacalnością – nawet pomijając godne Mortal Kombat sceny wykańczania. Bohaterowie krwawią, obrywają, muszą zmagać się nie tylko z kosmitą, ale i z otoczeniem. Najczęściej Naru, z którą spędzamy najwięcej czasu, ale zmierzam do tego, że nawet te kameralne momenty starcia z naturą bywają intensywne, wpasowują się w ogólny, drapieżny rytm filmu. Do tego dochodzą bardzo dobre i nastrojowe zdjęcie wszechogarniającej przyrody. Predator może posługiwać się zaawansowaną technologią, ale jednak najlepiej mu w lesie – przynajmniej z perspektywy widzów. To tu, w dziczy, wychodząc naprzeciw straceńcom, nie zawsze dobrym i szlachetnym, robi najlepsze wrażenie. To tu jest królem ekranu wśród potworów.

Zwierzyna

Łowca ten zmienia się jednak w recenzencką zwierzynę, gdy przychodzi do paru pomniejszych aspektów. Przede wszystkim momentami kłuje w oczy nieco tandetne CGI zwierząt. Przez tę oszczędność albo brak umiejętności iluzja obcowania z dziką, monstrualną przyrodą pryska. Na szczęście sceny, w których pojawia się Predator ze swoją brutalnością, nadrabiają z nawiązką.

Drugi problem to trochę niedocharakteryzowana drużyna Komanczów, którzy idą na odstrza…. Przepraszam, by zapolować na nieznane zagrożenie. Ich śmierć mało nas obchodzi – pod tym względem pierwszy Predator i dzielna drużyna testosteronów Arnolda wciąż pozostaje niepobita, tam każdego zapamiętywaliśmy mimo oszczędnej charakterystyki. Tutaj z wojowników stających do walki z kosmitą pamiętamy tylko trójkę – Naru, jej brata oraz ich rywala. Reszta to mięso armatnie, z którym nie mamy kiedy się zżyć, choć bohaterka ich ewidentnie zna. Przydałaby się jakaś jedna scena pokazująca indywidualne cechy kompanów. Niemniej, mimo tego braku, film bardzo szybko nabiera rumieńców i ma czym wypełnić pustkę po niewykorzystanych towarzyszach broni.

Predator

Pomijając jednak te dwa mankamenty – to bardzo solidny mroczny film akcji z dosyć charyzmatyczną bohaterką, klimatem starcia w dziczy oraz z Predatorem, który tym razem odzyskał godność. Ujęcia przyrody zachwycają, w świat Komanczów, powoli nadkruszany przez najeźdźcę, wierzymy. Każdy wizualny smaczek, nawet wygenerowany w takim sobie CGI, służy wzmocnieniu wydźwięku i pomysłu wyjściowego. Pomaga opowiadać o łowcach, zwierzynie, o drapieżnikach i ofiarach oraz o tym, jak okoliczności zmieniają tę dynamikę. Pomaga opowiadać o Predatorze. To powrót do surowej, intensywnej formy, soczyste kino rozrywkowe, jakiego potrzebowaliśmy. Tylko tyle i aż tyle.

OCENA: 8/10

OD AUTORA

Bardzo lubię dwa pierwsze Predatory, a nawet Pianista kontra Predator, przepraszam Predators, choć nie powalało niczym szczególnym. Ot, to są idealnie wysmażone filmowe fastfoody z dobrymi scenariuszami, klimatem i pomysłami, gdzie wszystko klika. Po trzech paszkwilach i eksperymentach – seria wróciła do korzeni i ja tam się cieszę. Mam nadzieję, że seria przeprowadzi nas jeszcze przez kilka równie interesujących regionów oraz – delikatnie i subtelnie – rozbuduje mitologię. Albo po prostu zafunduje kolejną porządną historię o wiecznym polowaniu.

Chcesz ze mną pogadać o tych filmach? Zapraszam na mojego instagrama lub fanpage.