Problem trzech ciał - recenzja. Serial Netflixa to niezła adaptacja trudnego do przełożenia SF

Duet, który stworzył Grę o tron i stracił możliwość kręcenia Star Wars, powraca dzięki Netflixowi. David Benioff i D.B. Weiss porwali się na trudną do przełożenia powieść Cixina Liu. Problem trzech ciał wyszedł całkiem nieźle. Przynajmniej w 1. sezonie.

science fiction
Hubert Sosnowski 22 marca 2024
2
Źrodło fot. Problem trzech ciał, twórcy: David Benioff i D.B. Weiss, Netflix 2024
i

Dobra wiadomość jest taka, że duet, który koncertowo położył ostatnie sezony Gry o tron, tym razem ma kompletny i zamknięty materiał źródłowy. Zła wiadomość – powieści Cixina Liu pękają w szwach od intrygujących koncepcji SF, ale fabuła trzyma się na słowo honoru i robi za pretekst do snucia kolejnych teorii. Ekipa DnD (od inicjałów twórców serialowej Gry o tron) musiała więc szyć więcej niż w przypadku fantasy, które niegdyś znaliśmy i kochaliśmy. Póki co idzie jej przyzwoicie, ale tylko tyle. Serial intryguje i trzyma przed ekranem, ale jako opowieść broni się tak sobie.

UWAGA NA SPOILERY!

Zazwyczaj unikam spoilerów wykraczających poza zawiązanie akcji, ale fabuły Problemu trzech ciał nie da się omówić bez przyjrzenia się przełomowi w akcji, który będzie rzutować na resztę serii. Spokojnie, nie jest to nic na miarę pierwszego sezonu Gry o tron, ale czujcie się uprzedzeni.

Trzeba oddać showrunnerom jedno. O ile opowiadana tu historia bywa momentami drętwa, bo pewnych punktów nie sposób przeskoczyć, o tyle mocno ją uczłowieczyli. Dużo lepiej niż w powieści widać, że źródłem wielkich spraw i katastrof bywają małe ludzkie dramaty. Serial ma dość mocy, by wyróżnić te punkty zwrotne.

Problem trzech ciał skacze po kilku wątkach. Obserwujemy, jak młodą chińską fizyczkę Ye Wenjie (Zine Tseng, a później – Rosalind Chao) maoistyczne Chiny łamią i zapędzają do naukowego projektu, który zmieni oblicze ludzkości. W teraźniejszości poznajemy zaś piątkę genialnych naukowców (każda z tych postaci jest świetnie obsadzona), którzy zostają wciągnięci w intrygę większą niż życie. Dwoje z nich zagłębia się w tajemniczą VR-ową grę zawierającą zagadkę powiązaną ze śmiercią prominentnych uczonych.

Do samobójstw dochodzi na całym świecie, a jakby tego było mało, badania z zakresu np. fizyki przestają przynosić sensowne rezultaty. Całej sprawie przygląda się były policjant Da Shi (w tej roli świetny misiowaty ponurak Benedict Wong). Działa z ramienia tajemniczej agencji, na czele której stoi równie tajemniczy Thomas Wade (Liam Cunningham).

Wielka nauka, enigmatyczna gra i kryminalne intrygi przypominające trochę te z The X Files okazują się jednak tylko prologiem. Trwającym cztery i pół odcinka wstępem do stwierdzenia, że na nasz glob zmierzają obcy i dotrą tu za 400 lat. Po nieco niezgrabnym, konspiracyjnym thrillerze przeskakujemy do dramatu SF. To wtedy wybrzmiewa główna metafora serialu i jego dylemat. Czy ludzkość potrafi się zjednoczyć w obliczu wspólnego, ale jednak odległego zagrożenia? Zwycięży jednolita wizja walki z czymś, co przypomina nadciągającą katastrofę klimatyczną, czy przeważą jednostkowe ciągoty i wątpliwości? Ile możemy i powinniśmy poświęcić dla wspólnego dobra?

Wyższe dobro

Przyznacie, całkiem zasadne pytanie i dylemat w obliczu globalnego ocieplenia, które już ukradkiem odmienia naszą planetę (ale oj tam, oj tam, przecież nie istnieje). Serial jest zatem na czasie. Kiedy się zdezaktualizuje? Dowiemy się za sezon czy dwa albo jeśli dociągniemy do 2050 roku. Nie mogłem jednak pozbyć się odczuwalnego gdzieś z tyłu czaszki zgrzytu światopoglądowego. W ogólnoideowym rozrachunku produkcja ta podąża bowiem za pytaniami z książki. Problem w tym, że Cixin Liu, autor oryginału, to duma chińskiej partii. W oficjalnych komunikatach broni nawet idei ichnich obozów koncentracyjnych. Może robi to, bo musi, a może dlatego, że w to wierzy – nie mnie osądzać.

To jeden z tych przykładów, kiedy trudno oderwać personę i mentalność autora oryginału od przekazu powieści i adaptacji. W końcu Problem trzech ciał zahacza nie tylko o naukę, ale i o tematy społeczne, historyczne. W kontekście wypowiedzi pisarza pozostawia to niesmak, którego trudno się pozbyć. Pewnie, zarówno książka, jak i serial pokazują „błędy i wypaczenia” rewolucji kulturalnejj, ale po kilkudziesięciu latach to i rosyjscy komuniści się przyznali, że czasem może odrobinę przesadzali (i zrzucili wszystko na Stalina). A współczesne „błędy i wypaczenia”? Oj tam, oj tam.

Czy z tego powodu powinniśmy od razu skreślać netflixowy Problem trzech ciał? Otóż chyba nie. Wątpliwości są zasadne – i trzeba o nich mówić głośno, ale ekipie serialowej też warto oddać sprawiedliwość. Duet DnD dołożył wszelkich starań i pozmieniał, co się dało, a nawet opatrzył dylematy związane z granicą poświęcenia odpowiednim komentarzem wyrażanym przez reakcje i rozdrapy bohaterów, gdy do tych wielkich i często nieludzkich poświęceń może dojść (powodzenie operacji budowanych na owych poświęceniach to w ogóle osobny rozdział – i tu twórcy też wybrnęli). Benioff i Weiss ze scenarzystami przesunęli obiektyw na bardziej ogólnoludzkie podejście do poświęcenia.

Pododawali bohaterów, pozmieniali miejsce akcji i w jakimś stopniu amortyzuje to wątpliwości, o których pisałem powyżej (całość jest mniej chińskocentryczna niż oryginał). W jakimś stopniu. Czy to wystarczy, by ten serial odpalić – musicie rozsądzić sami.

Druga strona równania

Inna rzecz – Problem trzech ciał nie jest produkcją wybitną. To taki paradoks. Jest po prostu przyzwoity. Wciąga mimo licznych wad. Wciąga – ale nie porywa.

Serial Netflixa miesza dramat gadających naukowych głów ze spektakularnymi wizualizacjami SF i pseudohistorycznymi (te drugie wewnątrz VR-owej gry). Dobrze się to ogląda, tworzy to magiczne poczucie cudowności i niesamowitości, świadomość, że obcujemy z dziwną, nietypową pozycją – i to jest coś, co kupuję. Kłopot w tym, że gdy tylko zagadka zostaje rozwiązana, złote headsety zostają, niczym prawdziwy drogi gadżet, rzucone w kąt razem z tym wątkiem (choć końcówka sezonu sugeruje, że jeszcze wrócą do łask) i zmarginalizowane. Największe potencjalne bajery serialu okazują się właśnie tym – gadżetem, który działa punktowo.

Jest potrzebny i ciekawy w jednym momencie, a chwilę później ląduje na półce jako wspomnienie. Traci ważność zarówno z perspektywy intrygi, jak i przekazu. Wynika to z dziwnego rytmu opowieści, która intrygę porzuca na rzecz debaty. Szkoda, że tak autor oryginału, jak i twórcy serialu nie potrafili utrzymać ani pomysłów w ryzach, ani dobrego tempa całości.

A jednak się kręci!

Przylot ufoli za 400 lat to z kolei ciekawa metafora, która generuje kilka pytań i wątpliwości. Do końca nie wiemy, jacy oni są i czego naprawdę pragną. Wiemy, że przybędą i patrzą na nas z góry. Rodzi to pytania o naturę naszego strachu i to, co możemy z nim robić – a przede wszystkim powoduje, że do samego końca historii napięcie jednak nie ulatuje, mimo że zgrabnością to ona nie grzeszy.

Ta dziwna mieszanka fabularna budzi jednak ciekawe skojarzenia – Problem trzech ciał ogląda się trochę jak Z archiwum X z perspektywy Syndykatu (to ci, którzy o wszystkim wiedzieli i kombinowali z ufokami), a trochę jak ziemski, dziwny wstęp do Mass Effecta. Pozbawiony całej kręcącej się wokół Sheparda epiki, przygody i militarystycznego zacięcia, ale zawsze. Znajdzie się tu nawet ktoś przypominający Illusion Mana z ME i Palacza z X Files (Liam Cunningham świetnie gra drania robiącego wszystko dla ocalenia ludzkości).

Serial zaskakuje dobrym, intrygującym dialogiem, czymś nieobecnym w książce. Bohaterowie – choć skonstruowano ich prosto – potrafią do siebie przywiązać i dają się lubić. Większa w tym zasługa niezwykle uzdolnionej ekipy aktorskiej niż scenarzystów, ale i ci drudzy dali jakieś podwaliny, których w powieści za dużo nie było. Zarówno ci, którzy chcą ocalenia ludzkości, jak i grupka wierna przyszłym najeźdźcom zostali nieźle zagrani i da się zrozumieć ich motywacje – i dobrze się tych ludzi na ekranie ogląda.

Strona wizualna robi zaś robotę, widać, na co poszły te miliony Netflixa. Zarówno efekty specjalne, jak i ujęcia skupione na ludziach wypadają bardzo udanie. FX i CGI jest pomysłowe i osiąga całkiem wiarygodną fakturę, a kilka wizualizacji zapadnie Wam w pamięć jako intrygujący splot komputerowego bajeru i objaśniania naukowych zawiłości. Serial zresztą nieźle radzi sobie z wyjaśnianiem abstrakcji tak, by widz nadążał. Szkoda, że te abstrakcje są szybko porzucane i poza paroma momentami z drugiej połowy sezonu – zakopano je w pierwszych odcinkach.

Dźwięki i muzyka towarzyszące zarówno cudownościom, jak i intrydze czy codzienności jak najbardziej dają radę i spełniają swoje zadanie. Weiss i Benioff zadbali też o coś, czego w wielu lepszych produkcjach bardzo mi brakuje – o porządną czołówkę z całkiem chwytliwym, choć subtelnym motywem muzycznym. To jedno udało im się w stu procentach.

Jak widzicie – to serial nierówny. Przy wszystkich swoich wadach jest to przyzwoita rzemieślnicza robota z przebłyskami wizualnego geniuszu. Problem trzech ciał nie zmusi Was do nerwowego siedzenia na krawędzi fotela, nie będziecie tego przeżywać do przyszłego roku. Produkcja Netflixa może jednak dostarczyć nieco nietypowych doznań z obszaru dramatu SF. Sympatyczni, choć prości bohaterowie, ciekawe dylematy, klimacik i okazjonalnie imponujące wizualia mogą Wam zapewnić kilka sycących godzin przed ekranem. I tym razem showrunnerzy naprawdę wiedzą, dokąd to wszystko zmierza.

NASZA OCENA: 7/10

Hubert Sosnowski

Hubert Sosnowski

Do GRYOnline.pl dołączył w 2017 roku, jako autor tekstów o grach i filmach. Obecnie jest szefem działu filmowego i portalu Filmomaniak.pl. Pisania artykułów uczył się, pracując dla portalu Dzika Banda. Jego teksty publikowano na kawerna.pl, film.onet.pl, zwierciadlo.pl oraz w polskim Playboyu. Opublikował opowiadania w miesięczniku Science Fiction Fantasy i Horror oraz pierwszym tomie Antologii Wolsung. Żyje „kinem środka” i mięsistą rozrywką, ale nie pogardzi ani eksperymentami, ani Szybkimi i wściekłymi. W grach szuka przede wszystkim dobrej historii. Uwielbia Baldur's Gate 2, ale na widok Unreal Tournament, Dooma, czy dobrych wyścigów budzi się w nim dziecko. Rozmiłowany w szopach i thrash-metalu. Od 2012 roku gra i tworzy larpy, zarówno w ramach Białostockiego Klubu Larpowego Żywia, jak i komercyjne przedsięwzięcia w stylu Witcher School.

„Największa głupota wszech czasów”. Producent z Netflixa nie jest fanem sposobu, w jaki wydano Fallouta

„Największa głupota wszech czasów”. Producent z Netflixa nie jest fanem sposobu, w jaki wydano Fallouta

Kiedy One Hundred Years of Solitude będzie na Netfliksie?

Kiedy One Hundred Years of Solitude będzie na Netfliksie?

Twórcy Star Wars: The Acolyte zamierzają pokonać Mroczne widmo jeśli chodzi o walki na miecze świetlne. „Chcemy nakręcić lepsze starcie niż to z Darthem Maulem"

Twórcy Star Wars: The Acolyte zamierzają pokonać Mroczne widmo jeśli chodzi o walki na miecze świetlne. „Chcemy nakręcić lepsze starcie niż to z Darthem Maulem"

Reniferek to nowy hit Netflixa. Thriller psychologiczny o stalkerce ma 100% pozytywnych recenzji na Rotten Tomatoes i opowiada wstrząsającą historię

Reniferek to nowy hit Netflixa. Thriller psychologiczny o stalkerce ma 100% pozytywnych recenzji na Rotten Tomatoes i opowiada wstrząsającą historię

Kiedy premiera Rebel Moon 2 na Netflixie?

Kiedy premiera Rebel Moon 2 na Netflixie?