Filmomaniak.pl Newsroom Filmy Seriale Obsada Netflix HBO Amazon Disney+ TvFilmy
Wiadomość filmy i seriale 17 stycznia 2023, 13:06

Wreszcie mamy dobrą polską komedię kryminalną. To nasze Kac Vegas w Zakopanem

Seks (no, odrobina), narkotyki i Młoda Polska. Oraz zbrodnia, tajemnica i autentycznie dobre filmidło z pomysłem na siebie. Uzbrojeni w ostrze satyry Niebezpieczni dżentelmeni uczą i bawią. Ale raczej nie usłyszycie tej lekcji w szkole.

Źrodło fot. Niebezpieczni dżentelmeni, reż. Maciej Kawalski, Kino Świat 2022
i

Kiedy ostatni raz widzieliście dobrą, pomysłową komedię kryminalną nakręconą w tym umęczonym kraju? Jakieś mniej lub bardziej udane gangsterskie próby w stylu Furiozy czy Jak zostałem gangsterem zdarzały się, owszem, w końcu lubimy szelest ortalionu, skrzypienie skór i stare BMW. Ale porządna komedia kryminalna? Przychodzi mi na myśl tylko Najmro, a i to na warunkowym. Ale wreszcie się doczekaliśmy. Kac Zakopane, przepraszam, Niebezpieczni dżentelmeni to film, który – choć potyka się w paru momentach – dziarsko przeskakuje mur z napisem „Wstydu nie ma”. I szarżuje dalej, napędzany narkotykami, o których nie dowiecie się z lekcji historii, a powinniście.

W Psach jest scena, w której major Gross (Janusz Gajos) pyta Ola (Marek Kondrat) o toast: na pohybel czarnym czy czerwonym? Olo zaś odpowiada, że na pohybel wszystkim. I tacy są trochę Niebezpieczni dżentelmeni. W szaleńczym rozbieganiu mierzą do wszystkich po kolei i nikomu nie szczędzą razów, nawet jeśli nie zawsze trafiają. Dużo próbowano tu upchać. Sztubacką kumpelską komedię o artystach wplątanych w zadymę rodem z Kac Vegas. Satyrę na Polskę dawniej i dziś. I wiecie co? Udało się. Nie bez paru kiksów, ale – to działa.

Tygrysa Tysona nie ma, ale i tak jest… całkiem dobrze

Gdzieś tam w tle przebrzmiewa bardzo odległe i nieśmiałe echo Alana Moore’a. Niczym w Lidze Niezwykłych Dżentelmenów, w filmie Macieja Kawalskiego do boju z kacem i tajemnicą ruszają sławy polskiej sztuki i nauki. W całą intrygę wplątano zaś tyle postaci mających wpływ na historię i kulturę Młodej Polski, że ciężko zliczyć. Tworzą swoisty, fikcyjny mikroklimat, odpowiadają na wyobrażenie o artystycznej bohemie i jej szaleństwach – i podkręcają intensywność do maksimum.

Otwarcie filmu wygląda jak ładnie przebrane Kac Vegas albo klasyczna studencka niedziela. Czterech kumpli budzi się po imprezie i nic nie pamięta. Problem w tym, że Stanisław Witkiewicz (Marcin Dorociński), Tadeusz Boy-Żeleński (Tomasz Kot), Joseph Conrad (Andrzej Seweryn) i Bronisław Malinowski (Wojciech Mecwaldowski) odnajdują na pobojowisku trupa. I to takiego, którego klin już nie ożywi. A że poprzedniego wieczoru w ruch poszedł mocniejszy towar, pejotl, to i z pamięcią wybitnych ludzi kultury słabo, bardzo słabo. Próbując rozwikłać tajemnicę denata, wplątują się w szpiegowską intrygę. Przy tym wszystkim będą musieli zmierzyć się z konsekwencjami poprzedniego wieczoru.

Wychodzi z tego radosne, goniące w kilku kierunkach szaleństwo. Artystyczno-cwaniacką szarżę prowadzi Marcin Dorociński ze swoim wredno-wrażliwym Witkacym, choć po centrum filmu gania uroczo neurotyczny i niepewny Tomasz Kot, który próbuje uniknąć… cóż, wszystkiego. I każdą próbę podejmuje z werwą. Wisielczego tonu i ciężaru dodaje obecność spokojniejszego na pozór Seweryna, a dzięki tym trzem i Mecwaldowski, zazwyczaj komediowa kula u nogi (może takie role mu pisali przez ostatnie lata), trzyma równe tempo jako nieco pierdołowaty profesor z wielką przyszłością widoczną na horyzoncie. Drugi plan z wszystkimi tymi postaciami, które mogły, choć niekoniecznie, przewinąć się przez okolice Zakopanego, tworzy dodatkowe koło zamachowe, przez co film pracuje na wysokich obrotach niemal do napisów końcowych.

Vabank

Jakimś cudem… to wszystko trzyma się kupy. W scenariuszu widać dobre wytaktowanie, a przez większość czasu – nawet dyscyplinę. Humor i niektóre sceny punktują stare i nowe polskie problemy narodowe, ale przede wszystkim jest to bardzo zgrabna, podlana zbrodnią i substancjami psychoaktywnymi komedia pomyłek, w której fabuła ma duży sens, nawet jeśli kilka pęknięć widać. To taki mały, miły dowód, że jest jeszcze w Polsce paru twórców, którzy potrafią robić kino gatunkowe i się tego nie wstydzą. Bo tu przede wszystkim liczy się dobra zabawa, urocza przesada i górski klimat, to wyobrażone Zakopane początku XX wieku, które tkwi nam z tyłu głowy.

W każdym razie wciągają nie tylko pojedyncze sceny, ale i cała historia; tych polskich zbójów-cwaniaków z wybitnymi dziełami na koncie (albo w drodze) idzie polubić, są czymś więcej niż zlepkiem paru żartów uwarzonych na bazie przywar narodowych. Prym wiedzie Witkacy Dorocińskiego, który kradnie każdą scenę, w której się pojawi – i to nawet Kotowi oraz Sewerynowi. Nic dziwnego, że na dobrą chwilę przed ostatnim aktem ukryli Witkiewicza z dala od kadru. Fakt, że pod jego nieobecność historia traci trochę energii, ale gdy już Dorociński wraca na finał, to jest pięknie.

Film po prostu dobrze się ogląda. Spece od kostiumów zadbali, by ubrania nie wyglądały jak świeżo podprowadzone z wypożyczalni, dekoracje ożywiają drugi plan, a i operator porządnie się napracował, by ładnie to objąć kadrem. Można było sobie darować efekt rybiego oka z niektórych scen, ale rozumiem, że realizatorzy uparli się na to, by wywołać wrażenie kaca i narkotycznych powidoków.

Dźwięk też daje radę, choć – jak to w polskim kinie – musiałem trochę pobawić się ustawieniem głośności, a przecież ten film po części stoi żywymi, przesadzonymi dialogami, przechodzącymi od egzaltacji do obsceny. I ważne, żeby każde słowo z tej szeleszczącej mowy dobrze wybrzmiewało. Muzyka jest w porządku, trzyma góralsko-łotrzykowski klimat, a autorzy pozwolili sobie nawet na muzyczny żart nieco przypominający ten w Fortunate Son z Rekinów wojny, choć wychodzi nieco prościej.

Generalnie humor trzyma poziom i intensywny rytm, choć bliżej końcówki trafia się trochę słabszych momentów. Nawet te jednak zagłusza maniakalna energia, aura skondensowanego Zakopanego. Wstrząśniętego i niezmieszanego, akceptującego swoje szaleństwo

Cholera, film jest na tyle dobry, że idzie zaakceptować Mecwaldowskiego korzystającego ze swego klasycznego repertuaru wypłosza numer 3. Zatem Niebezpiecznych dżentelmenów można (ale to Wasza decyzja, nie namawiam, nie zabraniam!) spokojnie oglądać na trzeźwo. Wystarczy, że bohaterowie ćpają za wolność naszą i Waszą.

Ocena: 7,5/10

Hubert Sosnowski

Hubert Sosnowski

Rozmiłowany w szopach i thrash-metalu facet skazany na klawiaturę. Pisania artykułów uczył się pracując dla portalu Dzika Banda. Jego teksty publikowano na kawerna.pl, film.onet.pl, zwierciadlo.pl oraz w polskim Playboyu. W 2017 roku dołączył do GOL jako autor tekstów o grach i filmach. Obecnie jest szefem działu filmowego i portalu Filmomaniak.pl. Żyje "kinem środka" i mięsistą rozrywką, ale nie pogardzi ani eksperymentami, ani "Szybkimi i wściekłymi". W grach szuka dobrej historii. W miłości do Baldur's Gate 2 został wychowany, ale na widok Unreal Tournament, Dooma, czy dobrych wyścigów budzi się w nim dziecko. Opublikował opowiadania w miesięczniku Science Fiction Fantasy i Horror oraz pierwszym tomie Antologii Wolsung. Kiedyś w końcu napisze książkę, naprawdę! Od 2012 roku gra i tworzy larpy, zarówno w ramach Białostockiego Klubu Larpowego Żywia jak i komercyjne przedsięwzięcia w stylu Witcher School. Coś tam ćwiczył, ale dawno i nieprawda. Przerzucił się na ciastka.

więcej