Filmomaniak.pl Newsroom Filmy Seriale Obsada Netflix HBO Amazon Disney+ TvFilmy
Wiadomość filmy i seriale 5 lipca 2022, 19:19

Thor: Miłość i grom - recenzja. Takich superbohaterów chciałbym więcej

Taika Waititi wraca do świata Marvela. Ci, którym podobał Thor: Rangnarok, poczują się jak w domu. Reżyser ponownie podchodzi do kina superbohaterskiego w wyjątkowy sposób – z ogromną dozą suchego humoru, ale i niespotykaną wrażliwością.

Thor: Ragnarok to mój ulubiony film Marvela. Z nadętej i nudnej postaci Boga Piorunów, która sprawiała, że zasypiałem na samą myśl o niej, Taika Waititi ulepił bohatera, któremu zacząłem kibicować. Thor Waititiego nie jest Thorem komiksowym, to miejscami fajtłapa, ale i heros, kiedy trzeba. Może nie najbystrzejszy, ale serce ma po dobrej stronie. Do tego nowozelandzki reżyser doskonale wykorzystał komediowy talent Chrisa Hemswortha. Przede wszystkim jednak czułem w Ragnaroku serce oraz kreatywną wizję reżysera. Tak inne to było od, w mojej opinii, wielu nijakich, tworzonych na jedno kopyto filmów Marvela!

I wiem, że były osoby, którym to się nie podobało. Dla których Ragnarok był bardziej komedią, do tego nieśmieszną, niż filmem superbohaterskim, oraz że reżyser zepsuł tu postać Thora, bo ten wydurniał się na ekranie. Nie zgadzam się z tą opinią, ale od razu zaznaczę jedno. Jeżeli Ragnarok wam się nie spodobał, to jest duża szansa na to, że Miłość i grom również wam nie podejdzie. Jeżeli zaś chodzi o mnie, to uważam Miłość i grom za najlepszy film Marvela od czasu… Thor: Ragnarok.

Grom…

Najnowsza odsłona Marvelowskiej serii utwierdziła mnie w przekonaniu, że najbardziej przemawiają do mnie te części, gdzie wyraźnie czuć wizję reżysera. Pewnie dlatego tak bardzo podobał mi się nowy Doktor Strange, bo w trakcie seansu wręcz czułem na swoim ramieniu łapę Sama Raimiego. I tak samo jest z Thor: Miłość i grom. Taika Waititi rozwija skrzydła kreatywności na tyle, na ile pozwala mu formuła. I czuć w filmie zarówno humor reżysera, jak i jego wrażliwość. Dlatego napisałem wcześniej, że jeżeli Ragnarok wam się nie podobał, to Miłość i grom również wam nie podejdzie. Tutaj jest po prostu więcej tego, co było w poprzednim Marvelowym filmie Waititiego. Zresztą zwiastuny oraz kampania reklamowa filmu już pokazały, że niczego innego spodziewać się nie mogliśmy.

Thor: Miłość i grom - recenzja. Takich superbohaterów chciałbym więcej - ilustracja #1

Bardzo mnie cieszy to, że ostatnie filmy Marvela są przede wszystkim zamkniętymi historiami, a nie kolejnymi częściami wielkiego tasiemca. Tutaj jest podobnie, choć oczywiście nie da się od tego tasiemca odciąć, więc zaraz na początku dostajemy coś rodzaju „w poprzednich odcinkach” z narracją Korga granego przez samego Waititiego. Thor: Miłość i grom to natomiast adaptacja dwóch stosunkowo nowych historii komiksowych o Grzmotobogu. Mówię tutaj o Thor: Gromowładny oraz Potężnej Thor – obie autorstwa Jasona Aarona. Obie bardzo dobre. Nie. Przepraszam. „Adaptacja” to zbyt duże słowo. Waititi bierze dwa główne motywy z tych historii – złoczyńcę tygodnia, czyli Gorra Bogobójcę, oraz Jane Foster, która chwyta za Mjolnir, zyskując tym samym moce Thora – i łączy je ze sobą.

Przed seansem bałem się, że w wątku Jane nie pojawi się pewien bardzo ważny dylemat, który był emocjonalną osią w komiksie. Choć Taika Waititi nie boi się w swoich filmach poruszać zaskakująco ponurych wątków, ten mógłby być ciężki jak na, bądź co bądź, lekki film o superbohaterach. Całe szczęście wątek ten nie jest pomijany. Wręcz przeciwnie, stanowi jeden z ważniejszych elementów w filmie, a do tego rozegrany jest z dużym wyczuciem.

Thor: Miłość i grom - recenzja. Takich superbohaterów chciałbym więcej - ilustracja #2

Thor Odinson, Potężna Thor oraz Walkiria muszą połączyć siły, by stawić czoło złowrogiemu Gorrowi, który lata po galaktyce i morduje bogów, bo taką przysięgę złożył zaraz na początku filmu. I choć jego motywacja jest jak najbardziej zrozumiała, to uważam, że Gorr Bogobójca wpadł w typowy już dla filmów Marvela trop – złoczyńca stanowi najsłabszy element filmu. Na mój odbiór filmowego Gorra ma również wpływ to, co wyczyniał w komiksie. Widzieliśmy w nim, jak zabija bogów, jak ci się go boją. Miłość i grom nam o tym tylko mówi, i pokazuje w jednej scenie efekty jego hobby. Poza tym nie czułem niestety jakiegoś wielkiego zagrożenia płynącego z jego strony. Nie jestem również przekonany co do Christiana Bale’a w tej roli. Miejscami szarżuje tak bardzo, że niebezpiecznie ociera się o granice parodii, jakby chciał odegrać kolejnego Jokera. Zresztą cały wątek mordowania bogów nie jest jakoś zajmujący. Trudno tutaj bardzo przejmować się losem bóstw, biorąc pod uwagę to, że wszyscy przedstawieni w filmie, nie licząc oczywiście Thora, to banda samolubnych hedonistów.

… i miłość

Jednak to nie złoczyńca powinien być interesujący w filmie o konkretnych superbohaterze. Thor tym razem stara się odnaleźć swoje miejsce w świecie. Podróżuje przez kosmos, medytuje, szuka celu. Jest trochę jak dziecko, które nie do końca wie, co zrobić z ludzkimi emocjami. Dlatego je odpycha, zamyka. Hemsworth już w Ragnaroku pokazał, na co go stać. Tutaj również łączy heroizm z humorem, jednak do tego dochodzi ładunek emocjonalny w postaci Jane Foster. Coś, co początkowo wydaje się jedynie po prostu kolejnym wątkiem komediowym – Thor spotyka swoją byłą – przeradza się w coś znacznie poważniejszego. Zresztą Taika Waititi już nie raz pokazał, że przez humor jest w stanie opowiedzieć stosunkowo smutną historię.

W Miłości i gromie dostajemy bodaj jedną z lepszych sekwencji montażowych o tym, jak związki między ludźmi rodzą się i kończą. Ten humor i powaga, radość i smutek przewijają się przez cały wątek Jane Foster. Zresztą Natalie Portman w końcu ma tutaj coś do zagrania. To już nie jest tylko postać, do której Thor robi maślane oczy i którą musi potem uratować. Jane ma tutaj konkretną rolę do odegrania, podejmuje inicjatywę i jest niezwykle ważna w kontekście emocjonalnej podróży głównego bohatera. Waititiemu udało się osiągnąć, to czego w pierwszych dwóch Thorach nie było – wytworzyć chemię między Bogiem Gromu i – teraz – Boginią Gromu. I tak, jak napisałem wcześniej: historia opowiedziana w filmie jest przede wszystkim opowieścią o przygodzie Thora. Nie posuwa ona do przodu „wielkiego planu” kolejnych faz MCU. I szczerze mówiąc, nie wiem, czy jest jakiś plan, bo seriali nie widziałem. To, że jest to fabuła zamknięta, sprawia, że dzięki bogom nordyckim Thor jest głównym bohaterem własnego filmu.

Thor: Miłość i grom - recenzja. Takich superbohaterów chciałbym więcej - ilustracja #3

Ci jednak, którym humor Waitiego przeszkadza, będą kręcić nosem. Ja przyznam się bez bicia – uwielbiam go. Suchy humor, miejscami wprawiający w zakłopotanie, gagi słowne oraz wizualne bombardują nas przez większość seansu. Swoje humorystyczne kameo ma również jedna z moich ulubionych postaci MCU. Pojawiła się ona tylko w jednym, krótkim filmiku, ale jest jedną z ważniejszych osób w życiu Thora.

Nie wszystkie żarty jednak siadają. Z humorem w Miłości i gromie jest tak, jak z tym charyzmatycznym żartownisiem na imprezie. Przez dziewięćdziesiąt procent czasu jego żarty są zabawne, czasami bardziej, czasami mniej, ale są zabawne. No i mądre.

Natomiast te dziesięć procent żartów nie siada. I wtedy jest taki bardzo krępujący moment, w trakcie którego skręca w środku z żenady. Kilka gagów w Miłości i gromie jest właśnie takich – trochę jak kiepski występ kabaretowy, w trakcie którego aktorzy patrzą na publikę z zakłopotaniem, gdy ta się nie śmieje. Na całe szczęście takie sytuacje są tu rzadkie. Najważniejszą funkcją humoru, tak jak w przypadku Ragnaroku, jest wyśmianie patosu, pokazanie poprzez humor, że heroiczne nadęcie jest po prostu nudne. Dzięki temu sceny, które rzeczywiście mają nas emocjonalnie poruszyć, brzmią o wiele głośniej, bo tutaj żartów nie ma. Czuję się trochę tak, jakbym recenzował komediodramat, a nie film o superbohaterach. I wiecie co? Thor: Miłość i grom to jest komediodramat. Tylko że przepełniony scenami bombastycznej akcji.

Te są, w większości, świetne. Potrafią być bardzo kreatywne, zabawne, bo w nie również wplatane są żarty, a także budować odpowiednie napięcie. No i po raz kolejny Taika Waititi udowadnia, że Led Zeppelin świetnie spisuje się w roli podkładu muzycznego do machania młotem i siekierą. Co najważniejsze, przez większość czasu widać, co się w trakcie scen akcji dzieje. Piszę „przez większość czasu”, bo jedno starcie między naszymi bohaterami a złoczyńcą i jego pomocnikami jest ciemne jak średniowieczna wioska po zmroku. Zresztą nie jest tu tak kolorowo jak w Ragnaroku. Jasne, są tutaj sceny wizualnie bardzo ładne, ale wpływ komiksów z lat 70. i 80. na estetykę jest tutaj wyraźnie słabszy. Różnie bywa również z jakością CGI, ale to już „standard” w filmach MCU, że niektóre efekty specjalne wyglądają jak sklejone na szybko. Szczególnie tyczy się to początku filmu. Potem jest lepiej.

Thor: Miłość i grom jest dla mnie tym, czym powinien być bardzo dobry film rozrywkowy. Dostarcza wiele frajdy nie tylko scenami mordobić, ale przede wszystkim emocjonującymi relacjami między bohaterami. Uwielbiam Thora od Waititiego, bo w swojej boskości nie jest już nadęty, a poza tym stawia czoło problemom, z którymi my, ludzie, jesteśmy w stanie się zidentyfikować. Ta miłość w tytule wcale nie jest na pokaz. To rzeczywiście film o miłości oraz próbie dojścia do siebie po jej utracie. Oczywiście nie jest to jakieś bardzo głębokie ujęcie tematu, ale i tak dojrzałe jak na film o superbohaterach. Widzę jednak zmarnowaną okazję na doskonały żart bosko-kolejowy. Skoro jest Thor, to powinien być też Perun. Thor pierwszy, Perun drugi. Sam znajdę wyjście.

Ocena 8.5/10