Tego Star Wars i Wiedźmin Netflixa mogą nauczyć się od serialu Star Trek: Picard

Powiedzieć, że fani książek Sapkowskiego (i gier „Redów” oczywiście) nie przepadają za ekranizacją Netflixa, to nie powiedzieć nic. Podobnie sprawa ma się z ostatnią trylogią Gwiezdnych wojen. Star Trek: Picard pokazuje, jak to rozegrać lepiej.

science fiction
Marek Jura 24 lipca 2023
4
Źrodło fot. Wiedźmin, twórczyni: Lauren Schmidt Hissrich, Netflix 2019; Star Trek: Picard, twórcy: Akiva Goldsman, Michael Chabon, Kirsten Beyer i Alex Kurtzman, CBS 2020
i

Nie zrozumcie mnie źle! Wciąż – na przekór większości – całkiem wysoko oceniam ostatnią trylogię (no dobra, może poza epizodem IX, ale przecież zawsze można uznać, że Gwiezdne wojny skończyły się na VIII, prawda?). Z przyjemnością oglądam też serialowe przygody Geralta. Nie bawię się wprawdzie aż tak dobrze jak podczas pierwszej lektury książek Sapkowskiego (jeszcze w liceum!) ani gdy grałem w Wiedźmina 3, ale nadal z zaciekawieniem poznaję – nie oszukujmy się – nową historię, którą przygotowała dla nas showrunnerka.

To jednak, co dla mnie jest zaletą, dla wielu fanów pozostaje wadą i rażącym odstępstwem od książkowego oryginału. W tym krótkim tekście raczej nie będę zastanawiał się, dlaczego tak się dzieje – czemu jedni cieszą się ze zmian, podczas gdy innym psuje to całą radość z seansu. Postaram się za to odpowiedzieć na inne, ważniejsze, pytanie: dlaczego serialom takim jak Picard (i po części Mandalorianin, ale to temat na osobny artykuł) udaje się zadowolić fanów zarówno nowego, jak i starego? Chyba jest kilka rzeczy, których netflixowy Wiedźmin mógłby się od poczciwego Picarda nauczyć.

Tego Star Wars i Wiedźmin Netflixa mogą nauczyć się od serialu Star Trek: Picard - ilustracja #1
Cavill nigdy nie wybaczył Sapkowskiemu, że ten opisał w książkach jakiegoś chudego brzydala.

Czego Yoda może zazdrościć Spockowi

Choć w przypadku serii Star Trek i Star Wars mamy do czynienia z zupełnie innymi franczyzami, były one porównywane już kilkadziesiąt lat temu. Trudno więc dziwić się fanom i publicystom, że w momencie jakościowego triumfu tej pierwszej i kryzysu wizerunkowego drugiej również teraz próbują porównywać sytuacje, w jakich obie marki się znalazły. Nie zmienia to oczywiście faktu, że Gwiezdne wojny wciąż zarabiają więcej – nie tylko w kinowych salach czy na platformach streamingowych, ale też na prawach do postaci, dzięki czemu powstają figurki Kylo Rena, żelki o wyglądzie Yody czy skywalkerowe gry planszowe. Albo klockowe Gwiazdy Śmierci.

Tego Star Wars i Wiedźmin Netflixa mogą nauczyć się od serialu Star Trek: Picard - ilustracja #2
Stary-nowy Palpatine świetne nadaje się na figurkę. Szkoda, że przy okazji postanowiono ją ożywić...

Najnowsze projekty spod znaku Star Treka pokazują jednak, że po średnio docenianej fazie remake’ów twórcy postarali się zadowolić swoich fanów tak bardzo, jak od lat nie udało się najpierw Lucasowi, a potem Disneyowi. Picard nie odżegnuje się bowiem od nieco plastikowej genezy tej serii. Oczywiście serial nie wygląda, jakby nakręcono go w 1965 czy nawet 1991 roku, ale czuć w nim ducha dawnej kosmicznej przygody. Ze wszystkiego, co ostatnio wypuścił Disney, najbliżej Picardowi do Mandalorianina, ale to i tak porównanie nieco na wyrost.

Picard czy Luke – kto zaliczył lepszy comeback i dlaczego ten pierwszy

Siłą startrekowego serialu z 2020 roku jest scenariusz. Scenariusz niebanalny, niepłytki, a przede wszystkim pozwalający bohaterów kochać lub nienawidzić. Jasne, w dawnych seriach Star Treka (no dobra, z kilkoma wyjątkami) podział na tych postępujących etycznie, przynajmniej według etyki znanej rasie, z której dany bohater pochodzi, z wyraźnej linii stał się szarawą mgiełką to rozjaśniającą się, to ciemniejącą w trakcie całego sezonu. Picard nie jest tu już ostatnim gwarantem niezachwianej wiary w powodzenie, ostatnim optymistą na statku. Życie naznaczyło go wystarczająco mocno, by dawnego siebie zdołał ukryć pod skorupą cynizmu, bezradności i starości.

Tego Star Wars i Wiedźmin Netflixa mogą nauczyć się od serialu Star Trek: Picard - ilustracja #3
Jedyne, czego udało się nauczyć Luke’owi przez te wszystkie lata, to zmiany nastroju. Tak o 179 stopni.

Dlaczego więc tak odmiennie odbierany jest Luke Skywalker, który w gruncie rzeczy przeszedł podobną drogę? Odpowiedź na to pytanie wydaje się stosunkowo prosta – Luke niemal błyskawicznie (przynajmniej z perspektywy kinomana) z dobrego i mądrego Jedi transformował się w cynicznego dziada, który wszystko i wszystkich ma gdzieś. Jakby tego było mało, po przyjeździe Rey nagle, ni stąd, ni zowąd, mamy starego Luke’a, który sprytną zagrywką (to akurat jeden z moich ulubionych momentów w całej nowej sadze) doprowadza do starcia z Kylo Renem. Starcia, którego wynik tak naprawdę nie ma znaczenia, bo wysłannik ciemnej strony Mocy przegrywa je w chwili, gdy do niego przystępuje.

Togo togu! A beton nya mombay m’bwa! (Ręce precz! To moja brzydka konstrukcja!)

Gdyby wszystko to rozdzielić odpowiednio długimi scenami, kilkunastoma rozmowami, niebanalnymi spotkaniami i wydarzeniami, które wcale nie muszą być znaczące same w sobie, ale robią naprawdę dużo dla opowieści jako całości, może i tę przemianę-nieprzemianę kupiliby fani Gwiezdnych wojen. A tak dostali rzecz, którą trzeba retconować, uzupełniać komiksami, grami i retrospekcjami z innych seriali, żeby tylko wyglądało to po latach ciut lepiej niż w momencie premiery. Tyle że skoro cała konstrukcja nowej trylogii (nie tylko wątku Luke’a) wydaje się sklecona naprędce przez najmniej uzdolnionych Jawów ze wszystkiego, co można wykorzystać do budowy uniwersum (a czasem i z tego, czego nie można), trudno się dziwić, że konkurencji wyszło to lepiej.

Tego Star Wars i Wiedźmin Netflixa mogą nauczyć się od serialu Star Trek: Picard - ilustracja #4
Mówcie, co chcecie, ale jak dla mnie Rey miała ogromny potencjał. Zanim oczywiście uczyniono z niej kolejną generyczną córkę kogoś ważnego. Czy tam wnuczkę.

Rzecz jasna, nowa trylogia ma swoje dobre momenty, a kilka – w mojej opinii – nawet wręcz znakomitych. Co z tego jednak, skoro całość zawodzi jako opowieść, przywodząc na myśl nie skrupulatnie zaplanowaną i imponującą pod każdym względem Gwiazdę Śmierci, tylko spontanicznie spiętrzoną konstrukcję Jawów. Zabrakło przede wszystkim głównego planu, spójnej narracji i większej porcji fabuły kosztem spektakularności. Rey miała naprawdę duży potencjał, podobnie jak Finn czy Poe. Nawet BB-8 mógł się stać legendą na miarę C3-PO i R2-D2. A tak nie udało się uratować nawet Luke’a. Bez szwanku wyszli może Leia i Han. O Palpatinie lepiej zaś w ogóle nie wspominać.

Jak przeczytać powieść o Picardzie, mając pilota zamiast książki

W Picardzie wszystko zostało zrobione lepiej, mądrzej i z planem na przyszłość. Oczywiście to serial, a nie filmowa saga, ale przecież pierwszy sezon nie jest wcale dużo dłuższy od liczonych razem trzech części trylogii (nieco ponad 7 godzin). Autorzy Star Treka zrobili to, na co zabrakło odwagi Disneyowi – stworzyli filmową opowieść w klimatach space opery.

Tego Star Wars i Wiedźmin Netflixa mogą nauczyć się od serialu Star Trek: Picard - ilustracja #5
W Picardzie tytułowy bohater nie zawsze mógł polegać nawet na najlepszych przyjaciołach. I tak, to naprawdę mocna strona scenariusza.

Fani poprzednich filmów i seriali znajdą tu nie tylko mnóstwo nawiązań, lecz także kontynuację Następnego pokolenia. Utrzymaną wprawdzie w innym tonie, ale jednak. Nie zdecydowano się też na rewolucję techniczną – nie jest tu co prawda aż tak plastikowo jak niegdyś, niemniej serialowi udało się zachować świetny dystans pomiędzy tym, co niedopowiedziane, a... budżetem. Nie żeby ten był mały, jednak spodziewam się, że w przeciwieństwie do Gwiezdnych wojen więcej niż na efektowne, choć niezbyt efektywne (i w końcu – nielogiczne!) wybuchy poszło tu na obsadę. A ta jest naprawdę rewelacyjna. W trzecim sezonie co bardziej przywiązani do tego uniwersum fani mogą ocierać łzy wzruszenia. Niestety, nie wszyscy, których oczekiwano, pojawili się na planie, ale ekipa, jaką udało się zebrać twórcom, i tak spisała się doskonale!

Gdyby Michael i Dwight z Biura wylądowali w uniwersum Star Treka...

Inne startrekowe projekty nie są już oceniane tak dobrze jak Picard. Mieszane recenzje miały przede wszystkim kinowe remaki, podobnie jak serial Discovery. Fani franczyzy wciąż liczą jednak, że nowy (drugi sezon zaczął się w czerwcu tego roku) Star Trek: Strange New Worlds, będący swoistym prequelem głównej serii, zdoła choć częściowo powtórzyć sukces Picarda. Na razie jest dobrze – na tyle, by twórcom udało się uniknąć starwarsowych błędów. Ansonowi Mountowi wciąż brakuje jednak trochę charyzmy innych liderów, z Patrickiem Stewartem na czele. Po cichu mam zresztą nadzieję, że Stewart zgodzi się na jeszcze jeden projekt. Albo dwa. Albo trzy...

Tego Star Wars i Wiedźmin Netflixa mogą nauczyć się od serialu Star Trek: Picard - ilustracja #6
Picard widział też inne seriale. I wiedział, że były dobre.

Dobre oceny zbiera też animowane startrekowe The Office, czyli Star Trek: Lower Decks. Humor sięga tu od samej podłogi do całkiem wyrafinowanych metafor. A bohaterów trudno nie polubić. Drugi z animowanych projektów – Protogwiazda – świecił całkiem jasno, ale szybko okazał się materiałem na tyle odległym dla większości fanów, że zabrakło odpowiedniej oglądalności. Trochę szkoda, bo poszerzało to uniwersum o zupełnie inną zawartość.

Co takiego ma Stewart, czego nie ma Cavill

„A co ma do tego wszystkiego Geralt?” – zapytacie. Głównie to, że pomimo wszystkich różnic dzielących oba uniwersa twórcy serialu z (jeszcze) Henrym Cavillem mogliby się nauczyć od Picarda odpowiedniego podejścia do materiału źródłowego. Choć trzeba uczciwie przyznać, że Patrick Stewart i spółka mieli od początku nieco łatwiej – w końcu tworzyli kontynuację. Jak jednak pokazały nowe Gwiezdne wojny, nawet i w tym przypadku nie można pozwolić sobie na całkowitą dowolność.

Tego Star Wars i Wiedźmin Netflixa mogą nauczyć się od serialu Star Trek: Picard - ilustracja #7

Główni aktorzy Wiedźmina to bez wyjątku piękni i uroczy ludzie. Tak piękni i uroczy, że po prostu nie mogliby być bohaterami wiedźmińskiej sagi.

Osobiście cenię sobie przynajmniej kilka, jeśli nie kilkanaście, odcinków serialu The Witcher. Tyle że jednocześnie doskonale zdaję sobie sprawę z tego, co może się w nim nie podobać dużej części fanów. Showrunnerka stworzyła bowiem swoją historię w wykreowanym przez Sapkowskiego uniwersum, a dopiero potem zaczęła dopasowywać ją do opowieści o pewnym konkretnym wiedźminie. I tu właśnie leży pies (czy tam barghest) pogrzebany. W takim Picardzie najpierw pomyślano o pewnym konkretnym kapitanie, później zapewniono uniwersum ciągłość, a na końcu, wiedząc już o narzuconych przez poprzednie zabiegi światotwórcze ograniczeniach, upleciono z tego wszystkiego całkiem zgrabną historię.

Geralt z sagi o multiwersum

Oczywiście to tylko domniemania i być może Lauren Schmidt Hissrich wcale tak nie uczyniła (choć uważam to za wysoce prawdopodobne), jednak to, że jest to inna historia i nawet inny Geralt, da się wyczuć od razu. Nie chodzi przecież o rzekomą niesłowiańskość przedstawionego świata (co sam Sapkowski wielokrotnie tłumaczył tym, którzy chyba trochę dawno lub niedawno, za to nieuważnie czytali jego sagę), nie chodzi o różnorodność etniczną elfów (to akurat świetny zabieg) czy nawet tę dziwaczną nilfgaardzką zbroję (dobra, to akurat było tak słabe, że nie da się tego obronić... I pewnie w TYM też). Chodzi o to, że mało tu samego autora. I nawet jeśli historia momentami potrafi przyprawić o szybsze bicie serca, wzruszyć, zaskoczyć i obudzić słuszny gniew, będzie to bicie serca dla innej Ciri, będą to łzy dla innego Geralta i gniew na innego Cahira. Żeby powrócić do naszych ulubionych bohaterów, wciąż musimy sięgać po papierowe wydanie tej sagi. I tyle.

Tego Star Wars i Wiedźmin Netflixa mogą nauczyć się od serialu Star Trek: Picard - ilustracja #8
A jak już charakteryzatorzy ogarnęli Cavilla tak, by był wystarczająco brzydki, okazało się, że akurat do tego odcinka zapomniano napisać scenariusza.

Picard, zagraj to jeszcze raz (albo dwa, a najlepiej trzy)

Nie mają tego problemu fani Picarda. Oni dostali wszystko to, o czym marzyli (i jeszcze trochę więcej!) na małym ekranie. Nie zabrakło miejsca na wzruszające powroty i mrugnięcia okiem do tych, którzy widzieli Star Treka już w 1966, ale przede wszystkim do tych, których kilkadziesiąt lat temu ujęła charyzma i niezłomność Patricka Stewarta. Tym razem jest mroczniej, czasami bardziej beznadziejnie i groźniej, ale stawka pozostaje najwyższa do samego końca. Podobnie jak jakość serialu – zarówno pod względem technicznym czy nostalgicznym, jak i po prostu scenariuszowym. Bo Picard to kawał świetnie napisanej historii. Takiej, której można życzyć fanom wszystkich pozostałych uniwersów.

Marek Jura

Marek Jura

W 2016 ukończył filologię na UAM-ie. Od tamtej pory recenzuje dla GRYOnline.pl prozę, poezję, filmy, seriale oraz gry wideo. Pierwsze kroki w branży dziennikarskiej stawiał zaś jako newsman w lokalnym brukowcu. Prowadził własną firmę – projektował, składał, testował i sprzedawał planszówki. Opublikował kilka opowiadań, a także przygotowuje swój debiutancki tom wierszy. Trenuje sporty walki. Feminista, weganin, fan ananasa na pizzy, kociarz, nie lubi Bethesdy i Amazona, lubi Lovecrafta, Agentów TARCZY, P:T, Beksińskiego, Hollow Knigt, performance, sztukę abstrakcyjną, mody do gier i pierogi.

Czy Yoda pojawi się w Star Wars: The Acolyte? Znamy odpowiedź

Czy Yoda pojawi się w Star Wars: The Acolyte? Znamy odpowiedź

Kim jest tajemniczy mistrz z The Acolyte? Według niektórych fanów odpowiedź jest oczywista

Kim jest tajemniczy mistrz z The Acolyte? Według niektórych fanów odpowiedź jest oczywista

Kim jest Akolita? Wyjaśniamy tytuł Sithów ze Star Wars: The Acolyte

Kim jest Akolita? Wyjaśniamy tytuł Sithów ze Star Wars: The Acolyte

Kiedy Godzilla Minus One trafi do streamingu?

Kiedy Godzilla Minus One trafi do streamingu?

Za atakami na kobiety pracujące nad Star Wars stoi „zdominowany przez mężczyzn fandom” zdaniem Kathleen Kennedy

Za atakami na kobiety pracujące nad Star Wars stoi „zdominowany przez mężczyzn fandom” zdaniem Kathleen Kennedy