Filmomaniak.pl Newsroom Filmy Seriale Obsada Netflix HBO Amazon Disney+ TvFilmy
Wiadomość filmy i seriale 16 sierpnia 2022, 14:45

autor: Karol Laska

Obejrzałem Nope! i jestem na tak. To najlepszy horror SF od lat

Kosmici w kinie doczekali się już wielu interesujących filmowych reprezentacji, ale mało która z nich przebija to coś, co ujrzałem w Nie! Mowa o najlepszym horrorze science fiction od dawien dawna – kreatywnym, odważnym i pozytywnie dziwacznym.

Nie każdy lubi się w kinie bać, ale na szczęście od jakiegoś czasu mainstreamowe filmy grozy rezygnują z typowych demoniszczy, upiorów i towarzyszących im jump scare’ów na rzecz nieco bardziej subtelnych form zasiewania niepewności i lęku w widzach. Takich, które oprócz spełniania swoich stricte gatunkowych funkcji pomagają w sformułowaniu niebanalnego przekazu i wyważeniu bardziej złożonej pod względem emocjonalnym historii. Takie coś zwykło nazywać się posthorrorem – spójrzcie chociażby na rytualno-psychodeliczne Midsommar czy surrealistyczno-klaustrofobiczne The Lighthouse. Twory mocno artystowskie i bogate w znaczenia, ale przerażające w swojej dziwności. Nie! Jordana Peele’a to kolejny film, który możemy spokojnie zaliczyć do tego nurtu. Ba, to jeden z jego najwybitniejszych reprezentantów. A przy okazji najlepsze horrowe science fiction ostatnich lat.

Bo uwierzcie mi, kreatywniej i bardziej brawurowo od strony reżyserskiej poprowadzonego wątku starcia sił ludzkich z tymi kosmicznymi ze świecą szukać w i tak już przepełnionych treścią kartach współczesnego kina. Nie zamierzam psuć Wam zabawy spoilerami, ale jeśli pamiętacie Nowy początek Dennisa Villeneuve’a i występujących w nim mackowatych ufoludków, z którymi główni bohaterowie próbowali opracować system językowy na bazie specjalnych kleksów na papierze, gestów i znaków, to i w Nope! można zachwycać się przełomowymi dla gatunku SF pomysłami na prezentację pozaludzkich form istnienia i zbudowanie relacji pomiędzy nimi a próbującymi zrozumieć ich zachowania ludźmi.

Wszystko „naj”, wszystko fajnie, wszystko przyprawia o ciary – tak, nie ukrywam, że Nie! niezwykle mi się spodobało, więc jeśli starczą Wam ogólniki i wstępne zachwyty, to spokojnie zakończcie na dwóch powyższych akapitach i ruszcie biegiem do kina. Nawet jeśli seans Was zawiedzie, to na pewno będziecie mieli sporo do przedyskutowania ze znajomymi bądź obcymi w sieci na przeróżne tematy poruszone przez Peele’a. Bo Nope! – oprócz tego, że jest intensywnym horrorem w wersji „post-”, w dodatku mocno SF – to jest także wszystkim innym po trochu. Znajdziecie tu i komedię, i dramat rodzinny, i komentarz społeczny, i odrobinę hitchcockowskiego dreszczowca. A wszystkie te konwencje i gatunki rodzą, jak to zwykle bywa, interpretacyjne tropy. Tropy tak liczne, że pogubi się w nich nawet utytułowany myśliwy ze świeżo nabitą wiatrówką.

Obejrzałem Nope! i jestem na tak. To najlepszy horror SF od lat - ilustracja #1

FABUŁA DLA CIEKAWSKICH

Tak jak mówiłem, im mniej wiecie przed udaniem się na film, tym lepiej dla Was, choć trailery i tak zdążyły już co nieco zdradzić (na szczęście nic zanadto ważnego). Jeśli jednak część z Was chciałaby poznać jakikolwiek zarys fabuły Nope!, to z recenzenckiej powinności go tu zamieszczę. Rodzeństwo dziedziczy po zmarłym tragicznie ojcu prywatny biznes w postaci stadniny koni użyczanych amerykańskim koncernom na plany filmowe i telewizyjne. Gdy okazuje się, że za śmiercią głowy rodziny może stać coś więcej niż pechowy wypadek, główni bohaterowie postanawiają przeprowadzić małe śledztwo, dzięki czemu mają stać się pierwszymi ludźmi w historii, którzy nagrali w dobrej jakości UFO. Nie wszystko idzie jednak po ich myśli, a po czasie zaczynają desperacką walkę o życie.

Spektakl co najmniej niebezpieczny

Jordan Peele zasłynął jak dotąd z dwóch znakomitych posthorrorów – Uciekaj! i To my. Po drodze zgarnął Oscara i dał się poznać jako jeden z najciekawszych hollywoodzkich reżyserów, który w naprawdę inteligentny sposób opowiada o rasizmie i klasizmie pod przykrywką dość kameralnego kina grozy. W przypadku Nope! Idzie już jednak na całość. Porusza całe spektrum społecznym problemów nękających USA i resztę świata, a przy okazji robi to w sposób spektakularny od strony wizualno-realizacyjnej. Nie! bez obaw można nazwać blockbusterem – widać tu kasę, widać tu stawkę, widać tu pompę znamienną dla tworów z fabryki snów. Dobrze wiedzieć, że Top Gun: Maverick nie był zwykłym błędem systemu – w bardzo krótkim odstępie czasu otrzymaliśmy dwa ambitne, bombastyczne i sympatycznie oczojebne filmy wysokobudżetowe.

Monumentalizm całego tego kinowego spektaklu to jedna rzecz, ale zachwyca też kreatywność i przywiązanie do detalu przy kompozycji niemal każdego kadru. Liczy się tu dosłownie każdy element scenografii i kostiumu – niezależnie od tego, czy widzicie świnkę na dachu, nienaturalnie leżący pantofelek czy koszulkę wszem wobec ogłaszającą, że Jezus to jaszczurka. Taki rodzaj światotwórstwa pachnie trochę Davidem Lynchem i Twin Peaks, ale niechaj Was ta dziwność nie zwiedzie. Dany szczegół ma tu znaczenie albo dla fabuły, albo dla rozwoju czy opisu danej postaci bądź sytuacji. Oj, odpalanych jest tu wiele strzelb Czechowa, również takich w formie fotograficznych studni (konfunduję Was z premedytacją, zrozumiecie po seansie).

Fenomenalnie sprawdza się także scenariusz (napisany zresztą przez Peele’a – kino autorskie w stu procentach) prowadzący do bardzo łatwego do zepsucia, ale ostatecznie intrygująco surrealistycznego, wzruszającego i przyprawiającego o gęsią skórkę zakończenia. Po drodze nawet zaczynamy rozumieć przewrotną istotę krótkiego, zakończonego głośnym wykrzyknikiem tytułu filmu, a i sympatyzujemy z każdą z pierwszo- i drugoplanowych postaci, nawet jeśli opisanych – zgodnie z duchem horrorów klasy B – góra paroma cechami charakteru. Jakże udanej zresztą archetypizacji bohaterów pomagają hipnotyzujące oczy Daniela Kaluuyi, pełne werwy ekranowe pląsy oraz krzyki Keke Palmer czy niemalże lektorski głos Michaela Wincotta, którego nie powstydziłby się sam Leonard Cohen. A jest jeszcze uroczy i przezabawny Brandon Perea.

Nope! można odczytać po prostu jako osobliwy i popierniczony horror z kosmitami, ale jak zwykle – zachęcam do żywych interpretacji. Jednym z ciekawszych przewijających się w trakcie filmu motywów jest chociażby rola zwierząt w formowaniu kultury. Słyszymy tu monolog głównej bohaterki, w którym opowiada ona o tym, że w pierwszym filmie krótkometrażowym wystąpił czarnoskóry człowiek na koniu. Tym czarnoskórym człowiekiem był jej prapradziadek (liczba „pra” jest dyskusyjna), którego imienia nie zna prawie nikt. I ów brak znajomości imienia przedstawiony jest jako zarzut. Pod koniec seansu zadałem sobie jednak inne pytanie – jak nazywa się koń występujący w tym krótkim metrażu? Dlaczego o nim nikt nie mówi? Peele próbuje więc zarzucić na widza od samego początku przynętę, sugerując, że będzie opowiadał o problemach rasowych i formach reprezentacji kultury afroamerykańskiej na przestrzeni wieków, ale tym razem nie o tym mowa. Czas pomówić o rumakach, małpach i innych stworzeniach. Najwyższa pora postawić na inny dyskurs. Kto by pomyślał?

Koniec końców Nie! czytam przede wszystkim jako spektakl opowiadający zarazem o niebezpieczeństwach zawartych w zakulisowości spektaklu. Jako dzieło sztuki niebojące się przyznać, że za sztuką bardzo często stoi chaos, ból i wiele mało romantycznych rzeczy. Jako obraz sugerujący, że to, co da się zawrzeć na ekranie albo w innym tworzywie, bardzo często jest wyidealizowanym wycinkiem rzeczywistości, zazwyczaj pozbawionym jakże ważnego, wypieranego przez twórców i artystów kontekstu. Popkultura nas cieszy, zajmuje nasze zmysły, pozwala uciec na chwilę do innego świata. Chłoniemy ją, dajemy się jej porwać tak bardzo, że nie interesują nas stojące za nią fakty i niebezpieczeństwa. Zachwycalibyśmy się filmem o tańczącym zwierzęciu w klatce, ponieważ przedstawia uroczę zwierzę, które tańczy. Większość z nas zapomniałaby o tym, iż przebywa ono w zamknięciu, nie pomyśli o tym, co do tego zamknięcia doprowadziło. Bo w sumie nie musimy się do tak głębokich refleksji skłaniać. To nie nasza sprawa. Nie nasza historia. Nie nasz problem. Sami więc zdecydujcie, jak chcecie obejrzeć Nope!. Albo będzie dla Was rzeczonym tańczącym małpiszonem, albo i NIE.

Ocena: 9/10

OD AUTORA

O Nope! i wielu innych dziełach kultury z chęcią podyskutuję z Wami na moim koncie twitterowym.