Netflix przełamał złą passę. Nowy serial dokonał tego, czego Dragon Ball nie był w stanie

Klątwę adaptacji gier wideo już przełamano, a jak to jest z mangami i anime? Wygląda na to, że nowy serial od Netfliksa dokonał „niemożliwego” i wreszcie zaserwował nam ekranizację, która uchwyciła esencję japońskiego oryginału.

nasze opinie
Edyta Jastrzębska 5 września 2023
6
Źrodło fot. One Piece, twórcy: Matt Owens i Steven Maeda, Netflix 2023
i

Ostatnio częściej mówi się porażkach Netfliksa niż o jego sukcesach, ponieważ jego najgłośniejsze premiery nie spotykają się z tak ciepłym przyjęciem, jak by tego oczekiwano. Pokazał to chociażby trzeci sezon Wiedźmina, który fani zmiażdżyli w swoich opiniach, od początku zresztą zarzucając netfliksowej adaptacji to, że za bardzo odchodzi od materiału źródłowego i niszczy esencję sagi o łowcy potworów. Podobne głosy pojawiały się także przy okazji ekranizacji japońskich dzieł od giganta streamingowego – Death Note’a i Cowboya Bebopa.

Netflix do niedawna nie miał sukcesów na polu aktorskich wersji mang i anime, dlatego kiedy ogłoszono prace nad adaptacją uwielbianego One Piece’a, fani mieli liczne obawy względem tego, jaki będzie efekt i czy streamingowy gigant nie zmasakruje materiału źródłowego po raz kolejny. Pocieszająca była wiadomość, że w prace nad serialem ma być zaangażowany autor mangi, Eiichiro Oda, choć początkowo nie było wiadomo, jak wiele będzie miał do powiedzenia. Finalnie okazało się, że obawy nie były potrzebne, a Netflix – po latach niepowodzeń na polu aktorskich adaptacji anime – wreszcie dowiózł.

One Piece od Netfliksa to pozytywne zaskoczenie

One Piece na Netfliksie zadebiutował 31 sierpnia i z miejsca szturmem podbił serca widzów, którzy zaczęli dzielić się swoimi opiniami. Już od premiery w sieci pojawiały się ciepłe słowa o ekranizacji, którą przygotował Steven Maeda ze swoim zespołem. Krytycy zresztą również mieli wiele dobrego do powiedzenia o aktorskiej wersji historii Monkeya D. Luffy’ego i załogi Słomkowego Kapelusza. Wystarczy spojrzeć na to, że na Rotten Tomatoes serial poleca 83% krytyków oraz 96% widzów. Poza tym na IMDb średnia ocen wynosi 8,5 (zagłosowały 43 tys. osób), zaś na Filmwebie jest to 8,2 (głos oddały 1233 osoby) [stan na 4.09.2023 r.].

Netflix przełamał złą passę. Nowy serial dokonał tego, czego Dragon Ball nie był w stanie - ilustracja #1
One Piece, Steven Maeda, Netflix, 2023

Jak więc widać, ta seria została przyjęta rewelacyjne i wcale mnie to nie dziwi, ponieważ jest to naprawdę dobra ekranizacja, a poza tym – po prostu niezły serial przygodowy. I można go obejrzeć niezależnie od tego, czy zna się materiał źródłowy, czy będzie to pierwszy kontakt z tą historią, co również przemawia na plus tej produkcji, ponieważ nie ma wysokiego progu wejścia (a ten mógłby być bardzo wysoki, jeśli weźmie się pod uwagę to, że seria składa się z ponad 100 tomów – ponad 1000 rozdziałów – i ponad 1000 odcinków).

Historia jest więc dla każdego i wprowadza w ten szalony piracki świat, nakreślając jego zasady i charakterystykę. A choć parę rzeczy twórcy nadal mogliby dopracować, to trzeba przyznać im to, że nieźle poszło im nadanie własnego charakteru temu światu, dzięki czemu serialu nie pomyli się z inną piracką lub baśniowo-bajkową produkcją. Dla jednych oczywiście wadą może być ten bajkowy i przesadzony klimat świata One Piece, ale poświęcenie tego na rzecz poważniejszego tonu dla ekranizacji Netfliksa byłoby ogromnym błędem. Trzeba po prostu pogodzić się z tym, jak dziwaczny jest ten świat.

Najważniejsze jest jednak to, że widza oglądającego One Piece’a nie wykręca, gdy przygląda się pewnym przerysowanym aspektom tego uniwersum w produkcji z aktorami, mimo uchwycenia esencji, a także pewnego dziwactwa oryginału. To była moja największa obawa, ponieważ pokazanie człowieka gumy, ryboludzi oraz innych charakterystycznych dla świata stworzonego przez Eiichiro Odę rzeczy w sposób, który nie będzie karykaturalny, nie wydawało się łatwym zadaniem. Mimo to w serialu wypadło to całkiem naturalnie i nie ma się wrażenia, że ogląda się parodię. Twórcy przyłożyli się do tego, aby ten nietypowy świat przenieść na nowe medium w sposób, który wpisze się w jego reguły i nieco go ugruntuje, ale po drodze nie utraci jego esencji. I serii rzeczywiście udało się zachować nie tylko swój klimat, ale także ten typowy dla shonenów.

Netflix przełamał złą passę. Nowy serial dokonał tego, czego Dragon Ball nie był w stanie - ilustracja #2
One Piece, Steven Maeda, Netflix, 2023

Oglądając One Piece Netfliksa, niejeden raz miałam wrażenie, że patrzę właśnie na shonena, w którym bohaterowie bez cienia zażenowania wykrzykują nazwy swoich ataków, deklarują na głos swoje wzniosłe cele i są napędzani siłą przyjaźni. Są to rzeczy, które najlepiej działają w mangach i anime, ale sprawdziły się także tu i sprawiły, że One Piece ogląda się tak, jak oglądałoby się animowaną serię, która wyszłaby z japońskiego studia, choć jest to wersja aktorska prosto z Hollywood. I jest to spora jej siła, bo od adaptacji oczekuję tego, aby uchwyciły klimat oryginału. Nie muszą jeden do jednego kopiować historii, najważniejsze jest to, by miały jej duszę. I na szczęście Maeda nie wstydził się tego, czym jest materiał źródłowy, i nie próbował tego „naprostować”, żeby wpasowało się w zachodni styl opowiadania.

Poza tym twórcom netfliksowego One Piece’a należy oddać to, że udało im się dokonać sporego wyczynu, mieszcząc w ośmiu odcinkach aż około 100 rozdziałów. Nie obyło się bez cięć, niektóre można uznać za słuszne, innych pewnie część fanów żałuje, ale finalnie wyszło to całkiem zgrabnie, i bardzo prawdopodobne jest, że w jakimś stopniu udało się to dzięki zaangażowaniu Ody, który nadzorował serię, dzielił się swoimi uwagami z showrunnerem oraz scenarzystami i na szczęście miał ostatnie słowo w wielu decyzjach. To był jego warunek, a patrząc na finalny produkt, można uznać, że był on jak najbardziej słuszny, tym bardziej że kto, jak nie autor One Piece’a, najlepiej zna ten świat, bohaterów i historię. Nie można też oczywiście ujmować Stevenowi Maedzie i jego zespołowi, ponieważ wykonali kawał dobrej roboty.

Na polu ekranizacji mang i anime jest wiele porażek

Przełożenie mang i anime na realia produkcji aktorskich nie jest prostym zadaniem, przekonało się o tym wielu filmowców. Rzecz w tym, że produkcje z Japonii mają swój specyficzny charakter, wiele z nich, szczególnie shonenów, pełnych jest dziwactw, przerysowanych postaci o nietypowej budowie, charakterystycznych zachowań oraz różnych rzeczy, które mogą nie działać równie dobrze, gdy ma się do czynienia z ludźmi, a nie rysunkami i animacjami. Podczas pracy z takim materiałem trzeba wyważyć, co wypali, a co należy zmienić, ale w sposób, który mimo wszystko odda ducha materiału źródłowego.

Netflix przełamał złą passę. Nowy serial dokonał tego, czego Dragon Ball nie był w stanie - ilustracja #3
Death Note, Adam Wingard, Netflix, 2017

Netflix nie pierwszy raz spróbował swoich sił w aktorskiej adaptacji mangi/anime. Wcześniej był Death Note, który spotkał się z fatalnym przyjęciem. Na Rotten Tomatoes poleca go zaledwie 36% krytyków i 23% widzów, a na IMDb ma notę 4,6/10 (na podstawie 88 tys. ocen), zaś na Filmwebie 4,4/10 (na podstawie 32 tys. ocen). Próba upchnięcia materiału źródłowego w dwugodzinnym filmie okazała się porażką, gdyż scenariusz pełen jest niejasności i dziur fabularnych, jednocześnie będąc wręcz przeładowanym treścią. Podczas seansu można też zastanowić się, czy ogląda się Death Note, czy jednak kolejną odsłonę Oszukać przeznaczenie.

Wielu widzów zarzucało filmowi to, że od materiału źródłowego zaciągnął tylko tytuł i imiona bohaterów. W dodatku dużym problemem było wybielenie obsady i przeniesienie akcji do Stanów Zjednoczonych, choć oryginał rozgrywał się w Japonii i był o Japończykach. Netflix nie mógł więc uznać tej historii jako swój sukces, a raczej jako porażkę, którą najlepiej zamieść pod dywan.

Netflix przełamał złą passę. Nowy serial dokonał tego, czego Dragon Ball nie był w stanie - ilustracja #4
Cowboy Bebop, Christopher Yost, Netflix, 2021

Nie poddał się jednak i w 2021 roku zaserwował widzom ekranizację Cowboya Bebopa. Choć oceny nie wyglądają tak źle, jak w przypadku Death Note’a (na Rotten Tomatoes pozytywnie ocenia go 46% recenzentów i 60% widzów; na IMDb ma ocenę 6,7 na podstawie 42 tys. głosów, a na Filmwebie 6,1 na podstawie 3 tys. głosów), to z pewnością wiele o tej adaptacji powie to, że twórca oryginału po obejrzeniu nadesłanej mu sceny stwierdził w rozmowie zForbesem: „To wyraźnie nie był Cowboy Bebop i w tym momencie zdałem sobie sprawę, że jeśli nie będę zaangażowany, to nie będzie Cowboy Bebop. Czułem, że może powinienem był to zrobić. Ale przynajmniej wartość oryginalnego anime jest teraz znacznie wyższa”. Wiele osób się zgadza, że jeśli potraktuje się to jako osobny twór, a nie Cowboya Bebopa, to dzieło Netfliksa nie jest takie złe, ale jako adaptacja rozczarowuje. Zatem gigant streamingowy po raz kolejny zawiódł na polu aktorskich ekranizacji mang/anime.

Netflix przełamał złą passę. Nowy serial dokonał tego, czego Dragon Ball nie był w stanie - ilustracja #5
Dragonball: Ewolucja, James Wong, 20th Century Fox, 2009

(Nie)honorowo wspomnijmy także o hollywoodzkim Dragonballu. Choć Netflix nie maczał w nim palców, to jednak w związku z tym, że jest to prawdopodobnie najsłynniejsza aktorska ekranizacja mangi, a przy okazji ogromna porażka, warto powiedzieć o nim kilka słów. I chyba to do produkcji w reżyserii Jamesa Wonga należy tytuł najgorszej adaptacji mang/anime, i to nie bez powodu, ale z tego pewnie zdaje sobie sprawę każdy, kto widział tego potworka, który na RT poleca 15% krytyków i 20% widowni, na IMDb może pochwalić się oceną 2,5/10 (na podstawie 78 tys. głosów), a na Filmwebie 3,2/10 (na podstawie 32 tys. glosów). Akira Toriyama, autor Dragon Balla, również nie może nazwać się fanem tego dzieła. W jednym z wywiadów sam przyznał: „Ostatecznie powstał film, którego nie mógłbym nazwać Dragon Ballem, spełniającym moje oczekiwania”. Dodał także, że filmowcy ignorowali wszelkie jego uwagi, które starał się wnieść podczas prac nad tym widowiskiem, co prawdopodobnie było z ich strony błędem. Ale przynajmniej tyle dobrego wyszło z tego przedsięwzięcia, że zmotywowało Toriyamę do dalszych prac nad serią. Dragonball: Ewolucja za to zdecydowanie nie może nazwać się dobrą czy nawet przyzwoitą ekranizacją.

Czy Hollywood wyciągnie lekcję z sukcesu One Piece’a?

Ale w myśl zasady „do trzech razy sztuka” powstał One Piece, który wreszcie przełamał tę złą passę i zaserwował fanom japońskich dzieł ekranizację, na jaką zasługują. Oczywiście jest parę rzeczy, które wymagają dopracowania, a sam serial nie jest ideałem, ale nie ujmuje to końcowemu produktowi, który ogląda się dobrze. I który może wytyczyć ślad innym adaptacjom japońskich produkcji, a te z pewnością są w drodze.

Netflix przełamał złą passę. Nowy serial dokonał tego, czego Dragon Ball nie był w stanie - ilustracja #6
Naruto: Shippuden, Hayato Date, Studio Pierrot, 2007

Przykładowo już parę lat temu ogłoszono, że Lionsgate chce podjąć się stworzenia aktorskiej wersji Naruto. Przy okazji poinformowano, że w produkcję ma być zaangażowany autor mangi, Masashi Kishimoto, co jest dobrym sygnałem – pokazały to powyższe przykłady. Mam jednak pewne obawy względem tego, czy dobrym pomysłem jest przekładanie tak obszernej historii, jaką jest opowieść o najgłośniejszym i najbardziej nieprzewidywalnym ninja, na film, ale jeśli to widowisko w końcu powstanie, przekonamy się, czy były one słuszne. Na razie mogę powiedzieć, że mam nadzieję, iż kolejne ekranizacje mang i anime doczekają się podejścia do nich z równą miłością i oddaniem, z jakim Steven Maeda i jego zespół podeszli do One Piece’a, bo to dobry kierunek.

Edyta Jastrzębska

Edyta Jastrzębska

Absolwentka dziennikarstwa i komunikacji społecznej oraz kulturoznawstwa. W GRYOnline.pl zaczynała jako jeden z newsmanów w dziale filmowym, obecnie dogląda newsroomu filmowego, gdzie zajmuje się również korektą. Świetnie odnajduje się w tematyce filmowo-serialowej zarówno tej osadzonej w rzeczywistości, jak i w fantastyce. Na bieżąco śledzi branżowe trendy, jednak w wolnym czasie najchętniej sięga po tytuły mniej znane. Z popularnymi zaś ma skomplikowaną relację, przez co do wielu przekonuje się dopiero, gdy szum wokół nich ucichnie. Wieczory uwielbia spędzać nie tylko przy filmach, serialach, książkach oraz grach wideo, ale też przy RPG-ach tekstowych, w których siedzi od kilkunastu lat.

W Stranger Things 5 powróci upiorna lokacja znana z poprzedniego sezonu. To miejsce ważne dla historii Vecny

W Stranger Things 5 powróci upiorna lokacja znana z poprzedniego sezonu. To miejsce ważne dla historii Vecny

Czy Mów do mnie jest na Netflixie? Wiemy, gdzie obejrzeć głośny horror nakręcony przez youtuberów

Czy Mów do mnie jest na Netflixie? Wiemy, gdzie obejrzeć głośny horror nakręcony przez youtuberów

Czy powstanie 2. sezon serialu Problem trzech ciał? Netflix zdecydował

Czy powstanie 2. sezon serialu Problem trzech ciał? Netflix zdecydował

Farciarz Gilmore powróci. Adam Sandler i Netflix stworzą sequel lubianej komedii

Farciarz Gilmore powróci. Adam Sandler i Netflix stworzą sequel lubianej komedii

Kogo poślubi Francesca w Bridgertonach? Oto, kto zostanie jej mężem

Kogo poślubi Francesca w Bridgertonach? Oto, kto zostanie jej mężem