Filmomaniak.pl Newsroom Filmy Seriale Obsada Netflix HBO Amazon Disney+ TvFilmy
Wiadomość filmy i seriale 27 lipca 2022, 11:23

autor: Karol Laska

Podniecenie z obrzydzeniem. Tak dziwnego horroru SF dawno nie widziałem

Zbrodnie przyszłości to wysoce artystyczny film SF, który nie boi się serwować obrzydliwych obrazków rodem z body horrorów. Robi to jednak w sposób tak intrygujący, że nawet grzebanie we wnętrznościach staje się doznaniem metafizycznym.

David Cronenberg powrócił. I to w jakim stylu! Jeśli nie kojarzycie tego artysty-dziwaka, wiedzcie, że przyczynił się on do rozwoju gatunku filmów grozy w latach osiemdziesiątych, czyniąc z nich coś pomiędzy groteskowym kinem klasy B a transgresyjnym traktatem o stanie ducha oraz ciała (to przede wszystkim) wielu różnych społecznych odludków. Cielesny aspekt dzieł owego reżysera jest o tyle ważny, że stanowi fundament niszowego, choć niezwykle pomysłowego subgatunku body horroru, w którym straszydła i demony odchodzą na dalszy plan, a pierwsze skrzypce grają przede wszystkim ludzkie kończyny, korpusy i głowy poddane rozmaitym deformacyjnym wariacjom (często przy jakże subtelnym akompaniamencie tryskającej krwi i wysokodecybelowych krzyków). Cronenberg przez ostatnich parę dekad trochę o swoich korzeniach zapomniał, a raczej świadomie odciął pępowinę, idąc dalej tym nieco niepokojącym, somatycznym kluczem metaforycznym, ale powtórzę raz jeszcze – powrócił. Z body horrorem na miarę naszych i nadchodzących czasów.

Hack and slash w imię sztuki

Zbrodnie przyszłości dzieją się w nieokreślonej, przyszłej alternatywie rzeczywistości, w której człowiek nie czuje fizycznego bólu. Ba, ludzkość nauczyła się odczuwać ekstatyczną podnietę związaną z czynnościami dziś uznawanymi za akty godnej potępienia przemocy. Nie mówię tu więc o niewinnych zabawach z pejczem, tylko wbijaniu noży w kolana czy nawet grzebaniu maszynerią w organach wewnętrznych przy pełnej świadomości osoby operowanej, a raczej dotykowo zaspokajanej.

Tę nietypową woltę w historii ewolucji człowieka postanawia wykorzystać para performerów, która regularnie odbywa intymny, futurystycznych stosunek na undergroundowych scenach. On, nasz kochany Aragorn, Viggo Mortensen, występuje w roli chorowitego pacjenta gotowego na zostanie pociętym, a przy okazji oczyszczonym (katharsis przyszłości co się zowie). Ona, Lea Seydoux, przy użyciu typowo cronenbergowskiego oprzyrządowania o niezrozumiałym sposobie działania, ale zabawnym i czaderskim wyglądzie, wycina z Viggo nowotwory zwane również neoorganami.

Wszystkie te występy mają charakter symboliczny. Oznaczają bunt ludzkości wobec inwazyjnych zmian wewnątrz ciała i udowodnienie pełnej sprawczości człowieka nad sobą samym. Dodajcie do tego multum innych wątków – w tym jeden kryminalno-konspiracyjny, historię sekty żywiącej się plastikiem, zagadkę morderczyń z wiertarką, jak i psychofankę grzebania w kiszkach, Kirsten Stewart, która przypomina o swoich grymasach i stęknięciach ze Zmierzchu.

Podniecenie z obrzydzeniem. Tak dziwnego horroru SF dawno nie widziałem - ilustracja #1

Dużo tego na przestrzeni niecałych dwóch godzin. Pokuszę się nawet o stwierdzenie, że panuje tu niemały informacyjny chaos, a seans zakończyłem raczej z większą liczbą pytań niż odpowiedzi. Lubię jednak niedopowiedzenia – zwłaszcza jeśli występują one w filmach ze światami tajemniczymi, złożonymi i intrygującymi w swojej wielowarstwowości. A Zbrodnie przyszłości z całą pewnością taką multiznaczeniową i uciekającą od zaszufladkowania enigmą są. I w owych filozoficznych rozkminach oraz narracyjnych odlotach nie przeszkadzają nawet body horrorowe przecinki pokroju zabawy łopatką i wiaderkiem w anatomicznej, dziwnie artystowskiej piaskownicy. Wspomniane performensowe operacje przysługują się nawet światowi przedstawionemu, czyniąc z niego o wiele bardziej niepokojący, oddziałujący na zmysły i dotykalny byt. Owszem, nie za przyjemne to to, ale kto powiedział, że sztuka musi tylko łaskotać, głaskać i bawić?

Wiwisekcja ludzkich fetyszy

Jak na dystopijne SF, mało tu zabaw światłem i cieniem, neonów w ogóle brak, a i kamera rzadko kiedy decyduje się na dalekie plany, będąc raczej bardzo blisko ciał (a co za tym idzie – emocji) bohaterów. Wrażenie robi tu przede wszystkim absolutnie genialna scenografia, gdzie high techowe konstrukcje wydają się żywe dzięki swojej organiczności – trochę jak u Gigera. Zwłaszcza wielokończynowe krzesło ze szponami regulującymi procesy trawienne człowieka odnalazłoby się idealnie w niejednym gospodarstwie domowym seryjnego zabójcy. Cronenberg przyznał się, że skorzystał z dobrodziejstw CGI przy niektórych scenach, ale nadal królują tu przede wszystkim praktyczne efekty specjalne. Wszelkie wątroby, nerki, jelita i serduszka – wszystko to dzieło wcale niestraumatyzowanych popleczników chorego umysłu Davida.

Podniecenie z obrzydzeniem. Tak dziwnego horroru SF dawno nie widziałem - ilustracja #2

W filmie najmocniejszą rolę gra jednak treść. Scenariusz sprawia wrażenie wstępu do większej historii, a nawet odcinka pilotażowego do bardzo obiecującego fantastycznonaukowego serialu, ale na ten moment o wszelkich sequelowych czy spin-offowych planach cicho sza. Na całe szczęście domknięcie opowieści nie jest potrzebne, aby móc rozmyślać o jej prowokacyjnych i pobudzających do intelektualnej zabawy fragmentach. Kim jest artysta, gdzie istnieje granica uprawiania sztuki, jak dzieło może negatywnie wpłynąć na odbiorcę? Czy za kilkadziesiąt lat w pełni intencjonalne ucięcie kciuka nie będzie miało takiego samego znaczenia kulturowego jak dziś przekłucie sobie ucha bądź nosa? Do jak wielu skrajnych form wyrażania siebie posunie się przebodźcowana i przepełniona indywiduami ludzkość? To pytania, które ja sobie postawiłem po obejrzeniu filmu, ale sami na pewno znajdziecie jeszcze parę innych świeżych perspektyw.

Zabijaj mnie wolniej

Bo prawda jest taka, że Zbrodnie przyszłości opowiadają o zbyt wielu sprawach, by udało się je wszystkie poruszyć w skromnej recenzji. Na to najpewniej potrzeba by było kilkudziesięciostronicowej analizy popartej nie tylko opinią i rozczytywaniem tropów, ale też odważnymi, profetycznym tezami, próbującymi rozstrzygnąć moralne, technologiczne, klimatyczne i społeczne problemy, które Cronenberg w jakże bezczelny, ale i intrygujący sposób w swoim filmie jedynie napoczął. A że zrobił to przy użyciu znamiennej dla siebie, nieco makabrycznej ikonografii, wykorzystującej ostre narzędzia, plastikowe narządy i quasi-erotyczne prądy? Możemy się tylko z tego cieszyć, bo otrzymaliśmy unikalny świat i bardzo intensywny film z masą zapadających w pamięć obrazów, skłaniających nie tylko do wizyty w kinowej toalecie, ale i refleksji. Serdecznie zachęcam więc do tego, byście dali się Cronenbergowi pociąć. Parę ran kłutych przeżyjecie, zwłaszcza że szybko przemienią się w blizny. Blizny, za którymi będą stały nie tylko ciekawe historie, ale i wartościowe doświadczenia.

Ocena: 8/10

OD AUTORA

Ulubiony film Cronenberga? Wideodrom. Muchę również bardzo lubię, a już szczególnie cieszę się, że jej twarzą jest uwielbiany przeze mnie Jeff Goldblum (choć nawet to piękne lico nie uchroni się przed oślizgłymi intencjami reżyserskimi Davida). Niech Cronenberg żyje jeszcze długo, a przy okazji nadal tworzy, bo to zawsze potrzebny głos w erze kina współczesnego, za którym stoi oryginalna wizja.

O kinowych dziwadłach piszę na moim koncie twitterowym. Chcesz podyskutować albo znaleźć fajny film? Kliknij followa, a na pewno będzie ku temu okazja.