The Gray Man jest do bólu średni, moja opinia o nowym filmie Netflixa

Netflix ponownie postanowił zaatakować segment wysokobudżetowego kina akcji. Znowu nie do końca się udało, ale tym razem, przy Gray Man, bawiłem się zdecydowanie lepiej. I nawet jeśli raz czy drugi przewróciłem oczami, to coś z seansu zapamiętałem.

nasze opinie
Hubert Sosnowski 18 lipca 2022
18

Przesadzać trzeba umieć. I trzeba też wiedzieć, dokąd ta przesada zmierza. Wydawałoby się więc, że bracia Russo są idealni do nakręcenia takiego filmu jak The Gray Man. W końcu już pracując dla Marvela (Captain America: Winter Soldier, Civil War, czy Avengers: Infinity War i Endgame), pokazali, że potrafią z bombastycznego kina akcji wycisnąć co się da. A jednak gdzieś się to wyczucie przy The Gray Man zapodziało. W filmie znajdziemy sporo uroku i humoru, ale bracia Russo – przez niedobór dyscypliny twórczej – w tym nowym obrazie zgubili tożsamość.

Dobrze zrobiony akcyjniak to skarb. Potrafi odwrócić kinowe trendy albo wprowadzić nowe. Udało się to ostatnio z filmem Top Gun: Maverick, który prześcignął kinowe hiciory z wielkich uniwersów. Elegancki, wisielczy John Wick zawrócił nas z wiodącej na zatracenie, pseudorealistycznej ścieżki cierpiącej na drgawki kamery Tożsamości Bourne'a. Netflix ewidentnie próbuje ugrać tu swoje, bo przynajmniej do niedawna ładował coraz większą kasę w spektakularne produkcje w gwiazdorskiej obsadzie. I w stosunku do bezdusznego Red Notice poczyniono malutki progres. Widać, że w The Gray Man nie wszystko (tylko spora część) jest owocem kalkulacji księgowego. Komuś się tu ewidentnie chciało. Tylko że czasem chciało się za bardzo.

The Gray Man jest do bólu średni, moja opinia o nowym filmie Netflixa - ilustracja #1
The Gray Man, reż. Anthony i Joe Russo, Netflix 2022

Bracia Russo przeciągają nas po malowniczych i/lub egzotycznych lokacjach. Plany buzują od kolorów, rozbłysków i wystrzałów. Pościgi i kadrowanie to fachowa robota, z której czasem wprawdzie zębiska szczerzy CGI, ale generalnie sprawiają odpowiednie wrażenie i wciągają w akcję. Ostatni pojedynek to co prawda kuriozum, które da się wytłumaczyć tylko na poziomie ego bohaterów, ale i on tu przejdzie. Generalnie czuć w tym wszystkim pomysły, choć i lekkie zepsucie narzędziami Marvela – ale ogląda się te wszystkie demolki przyjemnie. Nawet jeśli w niektórych momentach odlatują bardziej niż Avengersi na misję. Ich jedyny problem to zaburzenie proporcji. W The Gray Man jest – dosłownie! – o jedną strzelaninę za dużo, a o jedną spokojniejszą sekwencję za mało. Bohaterowie i fabuła nie mają kiedy odetchnąć. Każda, dosłownie każda lokacja ma tu tę samą funkcję co areny w Mortal Kombat – w powietrzu zaraz zaczną latać naboje i kończyny (na tyle, na ile pozwala kategoria wiekowa).

Szkoda, bo to trochę zmarnowanie potencjału na naprawdę mięsistego sensacyjniaka. Ta sama historia z paroma przeróbkami wybrzmiewałaby dużo lepiej. To opowieść o skazańcu (Ryan Gosling), który zostaje wyciągnięty z więzienia w zamian za pracę jako zabójca z ramienia CIA dla tajnego oddziału Sierra. „Szóstka” ma sprzątać dla agencji niewygodne cele i „złych ludzi”. Podczas kolejnej misji nawiązuje jednak kontakt z celem i zanim pozbawia go życia, dowiaduje się, że właśnie likwiduje swojego poprzednika, „Czwórkę”, który był w posiadaniu McGuffina z danymi. Nowy szef szybko dodaje dwa do dwóch, a że i tak chciał się niewygodnego „narzędzia” pozbyć – wysyła swojego najlepszego człowieka (Chris Evans) na polowanie. Tak zaczyna się jedna z bardziej destrukcyjnych wycieczek po świecie, jakie można obejrzeć na Netflixie.

The Gray Man jest do bólu średni, moja opinia o nowym filmie Netflixa - ilustracja #2
The Gray Man, reż. Anthony i Joe Russo, Netflix 2022

Agent, który widział za dużo i jest do odstrzału, to motyw stary jak thrillery, a dobrze ograny – wciąż robi robotę. Tutaj w zasadzie też robi, ale nie tak efektowną jakby mógł. Pierwszy grzech to brak kilku minut na zapoznanie się ze światem, z którego bohater zaraz zostanie wyrwany. Brakuje jakiegoś momentu, kiedy obserwujemy ten zamknięty krąg nielegalnych operacji, kiedy widzimy zmianę, która doprowadza do punktu, w którym bohater traci grunt pod nogami. Przez to początek wydaje się sztampowy i zbyt zdawkowy. Nie każdy akcyjniak musi się zaczynać pełną sekwencją demolki. The Gray Man potrzebował wziąć oddech przed rozbiegiem, ale Russo mu na to nie pozwolili. I bohaterowie tak sobie ganiają, kaleczą się i dowalają sobie w kolejnych lokacjach.

Generalnie zbyt jednostajny rytm bez ani chwili spokoju nie pozwala na dobre zanurzyć się w filmie, a przecież i akcyjniaki tego potrzebują. Nawet lepsze części Szybkich i wściekłych to rozumieją. Przez taki rytm część potencjalnie zabawnych i żywych dialogów oraz pomysłów nie wybrzmiewa, bo brakuje im fundamentu, są rzucane jakby w próżnię. Niektóre zwroty akcji wybrzmiewają słabo, bo nie mamy okazji poznać zbyt dobrze postaci, których dotyczą. To wszystko przez brak umiaru. I potem trzeba łatać niedobory charakteru ekspozycjami poupychanymi po dialogach.

Bracia Russo nie odrobili tej lekcji, że kiedy kręcisz thriller o zaszczutym zabójcy, to musisz dać chwilę na rozgrzewkę – i bohaterowi, i filmowi. Tak przecież działają największe współczesne perełki gatunku. John Wick (dopiero następne odsłony rzucały od razu w wir akcji, ale do tego czasu znaliśmy już reguły rządzące światem, znaliśmy Johna i strach, jaki wzbudza), Atomic Blonde czy Protegowana (mniej znany film z nurtu, w reżyserii Martina Campbella, tego od Golden Eye i Casino Royale, szczerze polecam, zwłaszcza że Michael Keaton pokazuje w nim, że wciąż nadaje się do kina akcji) – każdy lepszy film z tego nurtu daje postaciom i fabule chwilę na okrzepnięcie, a nam – na poczucie klimatu.

The Gray Man jest do bólu średni, moja opinia o nowym filmie Netflixa - ilustracja #3
The Gray Man, reż. Anthony i Joe Russo, Netflix 2022

Na szczęście nie ze wszystkim tak jest. Niektóre bantery potrafią wywołać uśmiech. Bohaterów da się lubić, a między tymi, którym akurat bracia Russo pozwolili pobyć razem na ekranie, panuje chemia, bo też i ściągnięto do roboty charyzmatycznych aktorów. Chris Evans doskonale bawi się jako pozbawiony skrupułów obleśny elegancik z wąsikiem. Ana De Armas gra z urokiem i pazurem, a przy tym kopie tyłki – może nie tak bajerancko jak w No Time To Die, ale naprawdę daje radę. Sam Ryan Gosling ciągnie tytułową rolę z takim sympatycznym zmęczeniem i ma o co w filmie walczyć, choć Russo wprowadzają tę stawkę nieco zbyt późno. W ogóle to jest problem, z którego na szczęście The Gray Man ostatecznie wychodzi – pewne elementy wchodzą po czasie, ale ostatecznie całość się spina. Na koniec naprawdę polubiłem tych nieprawdopodobnych wymiataczy, a absurdalny, słodko-gorzki finał nawet ze mną został.

I taki jest cały film. Na jedną zaletę przypada jakaś wada. Na jeden dobry pomysł – problem. Ostatecznie The Gray Man broni się dystansem, sympatycznymi bohaterami i efekciarstwem. Żałuję, że tylko tym, bo to mógł być zdecydowanie lepszy film, gdyby ktoś wziął głęboki oddech i zastanowił się nad rytmem fabuły i rozpierduchy. A tak? Cóż, poganialiśmy sobie z bohaterami po ładnych miejscówach, oni postrzelali, żebyśmy my się cieszyli, i ogólnie wyszedł z tego idealny obraz na piątkowy seans do zakąsek. To wciąż lepszy rezultat niż przy Red Notice, ale i tak dłużej będziemy pamiętać o tych zakąskach.

OCENA: 6/10

Hubert Sosnowski

Hubert Sosnowski

Do GRYOnline.pl dołączył w 2017 roku, jako autor tekstów o grach i filmach. Obecnie jest szefem działu filmowego i portalu Filmomaniak.pl. Pisania artykułów uczył się, pracując dla portalu Dzika Banda. Jego teksty publikowano na kawerna.pl, film.onet.pl, zwierciadlo.pl oraz w polskim Playboyu. Opublikował opowiadania w miesięczniku Science Fiction Fantasy i Horror oraz pierwszym tomie Antologii Wolsung. Żyje „kinem środka” i mięsistą rozrywką, ale nie pogardzi ani eksperymentami, ani Szybkimi i wściekłymi. W grach szuka przede wszystkim dobrej historii. Uwielbia Baldur's Gate 2, ale na widok Unreal Tournament, Dooma, czy dobrych wyścigów budzi się w nim dziecko. Rozmiłowany w szopach i thrash-metalu. Od 2012 roku gra i tworzy larpy, zarówno w ramach Białostockiego Klubu Larpowego Żywia, jak i komercyjne przedsięwzięcia w stylu Witcher School.

Rozmawiamy z Marią Dębską, Maciejem Musiałem oraz twórcami serialu Kiedy ślub?

Rozmawiamy z Marią Dębską, Maciejem Musiałem oraz twórcami serialu Kiedy ślub?

Rojst Millenium - recenzja. To świetne zakończenie, które rozwiązuje problemy serialu

Rojst Millenium - recenzja. To świetne zakończenie, które rozwiązuje problemy serialu

Diuna 2 - recenzja. To przerażające widowisko, po którym zwątpiłem w ludzkość

Diuna 2 - recenzja. To przerażające widowisko, po którym zwątpiłem w ludzkość

Kto gra Suki w Avatar: The Last Airbender live-action? Poznaj Marię Zhang z serialu Netflixa

Kto gra Suki w Avatar: The Last Airbender live-action? Poznaj Marię Zhang z serialu Netflixa

O czym jest One Day, nowy serial Netflixa? To romantyczna historia, która zachwyciła widzów i krytyków

O czym jest One Day, nowy serial Netflixa? To romantyczna historia, która zachwyciła widzów i krytyków