Puchatek: Krew i miód pokazuje, że tworzyć nie każdy może

Najnowszy horror/slasher o Kubusiu Puchatku, Puchatek: Krew i miód, udowadnia, że nie każdy powinien pracować w biznesie filmowym czy w branży artystycznej w ogóle.

nasze opinie
Jan Tracz 4 kwietnia 2023
17
Źrodło fot. Puchatek: Krew i miód, reż. Rhys Frake-Waterfield, 2023, Altitude Film Distribution
i

To całkiem smutna konstatacja, ale to zdanie będzie myślą przewodnią dzisiejszego tekstu, bowiem powinno służyć jako swoista przestroga. Niedawno wkroczyliśmy w XXI wiek i nasze podejście do sztuki przeszło niemałą metamorfozę. Kiedyś, jeszcze nawet w latach dziewięćdziesiątych, praktycznie każdy mógł spróbować swoich sił w branży artystycznej – miejsc i pieniędzy na tego typu manewry było sporo, stąd też wiele osób w tym biznesie, które nie mają żadnej akademickiej edukacji w swoich dziedzinach. Wyróżniają się natomiast jednym: mają wrodzony talent i smykałkę do swoich zawodów. Takich jak oni i one było wiele, ale sukces osiągali tylko najlepsi.

Aktualnie znacznie trudniej jest wybić się jako reżyser, aktor, scenarzysta czy nawet muzyk. Oprócz wybitnych umiejętności potrzebna jest odrobina szczęścia, znacznie większa wiedza na dany temat, tak naprawdę podwójna dawka talentu, znajomość social mediów i kontakty w branży. Te dwa ostatnie mają zazwyczaj największy wpływ na to, czy komuś powiedzie się w danej ścieżce zawodowej. Do tego wmawia się nam, że wystarczy odrobina kreatywności i zainteresowania tematem, aby zacząć to, co się „kocha”. Że każdy ma szansę osiągnąć sukces, jeśli tylko chce. Że każdy jest wystarczająco uzdolniony, aby robić to, co mu się żywnie podoba. Że każdy powinien rzucić wszystko w cholerę i zająć się swoją największą pasją. Nie liczą się konsekwencje i realne szanse na osiągnięcie czegokolwiek – nasze egoistyczne zachcianki powinny zostać zaspokojone tu i teraz. Ten wstęp był potrzebny, bowiem (anty)bohaterem tych specyficznych czasów stał się Rhys Frake-Waterfield, który prawdopodobnie uosabia dziś wszystko, co w branży filmowej najgorsze.

Wstęp, czyli jak zepsuć wspaniałą legendę

Puchatek: Krew i miód pokazuje, że tworzyć nie każdy może - ilustracja #1
Puchatek: Krew i miód, reż. Rhys Frake-Waterfield, 2023, Altitude Film Distribution

Zacznijmy od tego, w jaki sposób reżyserowi w ogóle udało się doprowadzić do momentu, w których pisze scenariusz, a następnie kręci swój Puchatkowy horror (używam emfazy, bo to horror dosłownie i w przenośni). Ta historia jest całkiem klarowna i prosta do opowiedzenia, ale wciąż trudno w nią uwierzyć. Frake-Waterfield to Brytyjczyk, który przez kilka lat pracował w EDF, brytyjskiej spółce energetycznej. W pewnym momencie postanowił zrezygnować ze swojej pozycji na rzecz… spełniania marzeń. Zatrudnił się w firmie Jagged Edge Productions i zaczął produkować tandetne, sztampowe i niskobudżetowe filmy. Robił same najgorsze tytuły i zajął się reżyserią – nakręcił okropne sci-fi The Area 51 Incident (2021) czy film o bardzo wymownym tytule: Mordercza choinka (2022). Te produkcje nie dały mu pożądanego rozgłosu i sławy, ale nasz „pomysłowy Dobromir” wpadł na genialny pomysł – kiedy dowiedział się, że pierwsza książka o Kubusiu Puchatku trafiła do domeny publicznej 1 stycznia 2022 roku, zaczął kombinować. Tym sposobem wymyślił, że zrobi z Puchatka psychopatycznego mordercę.

Brzmię zapewne jak typowy pan maruda, bo typowa narracja medialna nieco się różni od tej, którą przyjęli polscy i zagraniczni krytycy. Zwiastun tego filmu narobił sporo szumu, a pomysł wydał się – dosłownie każdemu – genialny. Nikt jednak nie zadał sobie trudu, aby wdrożyć się w biografię (i okropną filmografię) twórcy horroru, który ma (a raczej miał) zredefiniować ten współczesny gatunek. Ale mniejsza z tym – nadeszła premiera, a Frake-Waterfield kontynuował podbój social mediów (udzielał się choćby na Reddicie). Wykreował image wiecznie uśmiechniętego i pogodnego gościa, spełniającego swoje marzenia; wręcz wdzięcznego, że udało mu się dotrzeć do tego wyczekiwanego miejsca. Skoro jemu się powiodło, to każdy ma szansę, prawda? Kochamy takie historie, więc kibicujemy mu, nawet nie zważając na jakość oferowanego przez niego produktu. I sam należałem do grupy osób, które zachwycały się zwiastunem, samym konceptem i z wypiekami na twarzy wyczekiwały premiery produkcji, która zreinterpretuje Stumilowy Las, zazwyczaj kojarzący nam się z miłą przygodą, bezpieczeństwem i pozytywnymi wartościami. A potem obejrzałem ten film i wszystko się zmieniło.

 

 

 

 

 

 

Dramat, na który Milne by nie pozwolił

Puchatek: Krew i miód pokazuje, że tworzyć nie każdy może - ilustracja #2
Puchatek: Krew i miód, reż. Rhys Frake-Waterfield, 2023, Altitude Film Distribution

Zatrzymajmy się na chwilę, aby pokrótce zrecenzować film, który nigdy nie powinien powstać. Puchatek: krew i miód zaczyna się obiecująco: animacja, służąca jako wstęp do historii, czerpie z oryginalnej książkowej kreski, ale modyfikuje ją tak, aby była bardziej mroczna, a przy okazji nie powielała wyglądu postaci z disneyowskich bajek. To tam dowiadujemy się, że Kubuś i Prosiaczek zdziczeli, po tym jak Krzyś opuścił ich, kiedy poszedł na studia. Ba, liczyli na jego powrót – jako młody dzieciak obiecywał im, że już zawsze będą razem, a ten zaopiekuje się nimi. Zwierzęta, pozostawione bez opiekuna, musiały radzić sobie same. Dwójka naszych bohaterów okazała się najbardziej zaradna – kompletnie zdziczała, zaczęła zabijać i jeść inne zwierzęta. Tuż przed rozpoczęciem filmu dowiadujemy się nawet, że skonsumowali Kłapouchego. Teraz Krzyś wraca, a mieszkańcy Stumilowego Lasu są żądni zemsty.

Kubuś wygląda, jakby był żywcem wyjęty z jakiegoś specjalnego odcinka Chłopaków z baraków, a w szelkach i koszulce w kratkę przypomina wujka, który właśnie przybył na rodzinnego grilla. Natomiast Prosiaczek, jego najlepszy kompan, zamienił się w obrzydliwego wieprza, którego oblicze nawet nie jest jakoś wybitnie komiczne, a raczej błaga o litość. Już nie wspominając nawet, że obaj zabójcy to aktorzy poprzebierani w maski z pobliskiego sklepu ze sprzętem na Halloween – to prawdopodobnie linia najmniejszego oporu, po jakiej mogli pójść twórcy tego żenującego i generycznego slashera. Tak naprawdę brakuje tu spaczonego Tygryska, który mógłby okazać się najgroźniejszym leśnym zabójcą (to w końcu niezwykle silny i zręczny zawodnik). Nie ma go jednak w domenie publicznej, więc twórcy nie posłużyli się jego postacią, aby nie narazić się Disneyowi (pozwy sądowe na pewno pogrążyłyby film).

Niby otrzymujemy tu horrendalne sceny zabójstw, ale zmontowane są one tak, by praktycznie nie było nic widać; niby sporo tu flaków i krwi, jednak to tylko gore klasy Z, a nie B lub C – krew wygląda niczym sok poziomkowy, a poszatkowane ciała przypominają rozwalone ciasto z masą owocową. Cała fabuła służy nieudolnym scenom zabójstw, a my zastanawiamy się, po co powstał ten film, skoro nie jest to żadna mroczna wiwisekcja Kubusiowego i Prosiaczkowego umysłu. Ani nawet dobra zabawa. I pomysł, niby w teorii kreatywny, a bazujący na tak wielu filmowych stereotypach i kliszach, sprawia, że pozostaje nam płakać nie tyle ze strachu, co ze śmiechu. To dramat, na który A.A. Milne by nie pozwolił.

Wnioski na przyszłość

Puchatek: Krew i miód pokazuje, że tworzyć nie każdy może - ilustracja #3
Puchatek: Krew i miód, reż. Rhys Frake-Waterfield, 2023, Altitude Film Distribution

Żyjemy w czasach, w których doszło do kolektywnego przyzwolenia na wypuszczanie takich filmów i finansowanie stojących za nimi osób. Nie liczy się efekt, a prognozy finansowe, co jest zrozumiałą, ale w takich przypadkach mocno frustrującą zasadą. Może nie ma co od razu przywoływać słów Jana Englerta, który bezceremonialnie powiedział, że dzisiaj rządzi nami miernota bez gustu, choć echo tych słów jest tu słyszalne. Bowiem kiedy zmusimy się do obejrzenia tego filmu do końca, to zrozumiemy, że cała ta medialna otoczka wokół reżysera to jedno wielkie nieporozumienie. Najgorszy będzie w tym fakt, że nie ma co z tym fantem zrobić – ciekawość widzów zawsze będzie silniejsza. Nie zmienia to faktu, że przynajmniej możemy spróbować bojkotować tego typu kino lub przynajmniej mówić o nim głośno… i szczerze.

Tak jak pisał Łukasz Adamski w swojej recenzji dla Interii – to nie jest film tak beznadziejny, że aż dobry, i który, zapewne w przyszłości, stanie się kultowy. To koszmarnie tandetna produkcja: na samym starcie nie powinna zostać sfinansowana, a przecież na ten moment, przy tak niewielkim budżecie, zarobiła już ponad cztery miliony dolarów (!). Film triumfuje, bo ludzie są ciekawi, wręcz podekscytowani – to tak jak z polskimi komediami: nadal ten sam niski poziom, aczkolwiek kina w całej Polsce wciąż są pełne. Ciekawość prowadzi do zgody na wypuszczanie takich „perełek” i tym samym akceptowania jakości tych produkcji. Niezależnie, czy będzie to slasher, blockbusterowy akcyjniak czy prostacka komedia, poziom sięga dna. Niedawno reżyser Puchatka zapowiedział drugą część, katastroficzny film o ognistym tornado (Firenado, nazwa nie mogła być inna!) a także przyszłe projekty (slashery) związane ze światami Bambi czy Piotrusia Pana. Brytyjczyk myśli jeszcze o horrorach z Teletubisiami i Żółwiami Ninja w rolach głównych.

Najwyraźniej ciekawość to pierwszy stopień do piekła – jeśli nadal będziemy dawać przestrzeń takim grafomanom jak Frake-Waterfield, to za około dziesięć lat zaleje nas fala niebywale bezpłciowej miernoty. Stworzymy sobie kinową gehennę, a słowa Englerta okażą się nie pretensjonalne i w jakimś stopniu przesadzone, ale w pełni prorocze.

Od autora

Oglądanie tego filmu budzi we mnie ogromny niesmak. I nie chodzi tylko o to, jak ten film wygląda i jak został poprowadzony. Nie mogę uwierzyć, że dożyliśmy czasów, w których facet z doświadczeniem w spółce energetycznej postanawia na poważnie zająć się produkcją i kręceniem filmów. Tworzy pomysły, które podobają się ludziom, i nic dziwnego, obiecuje kino pełne wrażeń, ale na koniec dostarcza totalną „szmirę”, której nie da się doświadczać nawet z przymrużeniem oka. Oto efekt narracji, że każdy ma talent i powinien spełniać swoje marzenia. Niektóre projekty warto zostawić profesjonalistom, a jak wszyscy wiemy, Frake-Waterfield nim nie jest.

Jan Tracz

Jan Tracz

Absolwent Film Studies (BA i MA) na uczelni King's College London w Wielkiej Brytanii, aktualnie pisuje dla portalu Collider, WhyNow, The Upcoming, Ayo News, Interii Film, Przeglądu, Film.org.pl i GRYOnline.pl. Publikował na łamach FIPRESCI, Eye For Film, British Thoughts Magazine, Miesięcznika KINO, Magazynu PANI, WP Film, NOIZZ, Papaya Rocks, Tygodnika Solidarność oraz Filmawki, a także współpracował z Rock Radiem i Movies Roomem. Przeprowadził wywiady m.in. z Alejandro Gonzálezem Ińárritu, Lasse Hallströmem, Michelem Franco, Matthew Lewisem i Davidem Thomsonem. Publikacje książkowe: esej w antologii "Nikt Nikomu Nie Tłumaczy: Świat według Kiepskich w kulturze" (Wydawnictwo Brak Przypisu, 2023). Laureat Stypendium im. Leopolda Ungera w 2023 roku. Członek Young FIPRESCI Jury podczas WFF 2023.

Czy Mów do mnie jest na Netflixie? Wiemy, gdzie obejrzeć głośny horror nakręcony przez youtuberów

Czy Mów do mnie jest na Netflixie? Wiemy, gdzie obejrzeć głośny horror nakręcony przez youtuberów

Kiedy premiera Pięciu koszmarnych nocy 2? Znamy dokładną datę

Kiedy premiera Pięciu koszmarnych nocy 2? Znamy dokładną datę

Farciarz Gilmore powróci. Adam Sandler i Netflix stworzą sequel lubianej komedii

Farciarz Gilmore powróci. Adam Sandler i Netflix stworzą sequel lubianej komedii

Bodkin zadebiutował na Netflixie. Według recenzji na Rotten Tomatoes to lekki thriller z humorem, który zabierze widzów do Irlandii

Bodkin zadebiutował na Netflixie. Według recenzji na Rotten Tomatoes to lekki thriller z humorem, który zabierze widzów do Irlandii

Stamtąd - gdzie obejrzeć 2. sezon serialu sci-fi?

Stamtąd - gdzie obejrzeć 2. sezon serialu sci-fi?