Asteroid City jest jak bomba atomowa na placu zabaw. Pochłonęła mnie

Duże nazwisko za dużym nazwiskiem, wizualna atrakcja za wizualną atrakcją, teatralny dialog za teatralnym dialogiem. Zmysły szaleją, ale w tym szaleństwie jest przestrzeń na refleksję o… sensie istnienia. Asteroid City to udany test broni jądrowej.

nasze opinie
Karol Laska 20 czerwca 2023
5
Źrodło fot. Asteroid City, reż. Wes Anderson, American Empirical Pictures 2023
i

Wes Anderson na celowniku. Jego charakterystyczny filmowy styl – bazujący na symetrycznej kompozycji kadru na planie kwadratu, z udziałem pastelowej kolorystyki – wielu widzom już się po prostu przejadł. Bo ileż można wciskać w siebie te upstrzone strzelającą posypką słodkości? Cóż, mi z cukrem osobiście za pan brat, szczególnie w odpowiedzialnie dawkowanych ilościach. Dlatego też wszelakie starannie przygotowane wypieki pana Andersona przyjmuję ze smakiem, bez poczucia przesytu. Szczególnie gdy po ich ugryzieniu poza jedwabistością i kremowością czuje się niespodziewaną goryczkę, utrzymującą się na gardle przez cały seans.

Bo Asteroid City to nie tylko tryskająca życiem piekarnia, której udziałowcami są Willy Wonka i Robert Makłowicz. To przede wszystkim zbombardowany plac zabaw, a większość praw majątkowych do niego dzierży znany z memów, przeciążony życiem, popalający fajkę Ben Affleck. Choć akurat jego na wyjątkowo długiej liście płac produkcji nie uświadczymy.

Theatrum mundi

Powyższe nazwiska służą mało zręcznej metaforze, poniższe z kolei pomogły Wesowi Andersonowi w stworzeniu z Asteroid City istnej fabryki hollywoodzkich snów. Wymienianie ich wszystkich mijałoby się z celem, bo tylko nabiłoby bezsensownie objętość tegoż tekstu, ale już sam fakt, że w jednej scenie stoją obok siebie Edward Norton, Willem Dafoe i Adrien Brody, by potem na przestrzeni kilku metrów kwadratowych obserwować w akcji Toma Hanksa, Scarlett Johansson i Steve’a Carella, sporo mówi o budżecie produkcji i szalonych zachciankach reżysera. A szalonych między innymi dlatego, że zatrudniono tu Jeffa Goldbluma tylko po to, by wypowiedział jedno zdanie i ubrał strój obcego, czy Margot Robbie, by zrobić jej jedno zdjęcie i włożyć do ust papierosa. Nie za spory ten gwiazdozbiór?

Choć ten zarzut można by kierować wobec poprzednich dzieł Andersona, to tutaj gwiazdozbiór aktorski ma w końcu jakiś większy cel (poza tym, że w niemal każdej scenie wypatrujemy nowej twarzy, aby tylko powiedzieć sobie po cichu: „Och, tak, znam go. I ją też. I tego również. A teraz grają razem!”). Asteroid City rozpoczyna się bowiem sceną, w której znany z roli Waltera White’a Bryan Cranston dekonstruuje film, który właśnie mamy obejrzeć, i to na samym starcie. Zapowiada, że czeka nas dzieło wewnątrz dzieła, z podziałem na konkretne role, a potem regularnie, co parę scen, przybliża nam sylwetki konkretnych aktorów. Tych fikcyjnych, rzecz jasna, nie tych prawdziwych – aktorów granych przez aktorów, a nie aktorów grających aktorów. Brzmi jak niezrozumiała, pretensjonalna i nieprzyjemna metazabawa? Być może, ale uprawia się ją tu na potęgę. Musicie to kupić albo odpadniecie przed pierwszym gongiem.

Asteroid City jest więc nie tylko filmem Wesa Andersona. Jest również spektaklem Conrada Earpa wewnątrz filmu Wesa Andersona, jak i fikcyjnym amerykańskim miasteczkiem w filmie Wesa Andersona. Z kolei wspomniana plejada gwiazd tworzy obsadę TEGO Asteroid City, obsadę DRUGIEGO „Asteroid City” i grupę tymczasowych mieszkańców Asteroid City. Czytając to na głos, nagle rozumiem, dlaczego tak wiele osób głośno krytykuje film za to, jak mocno zanurzył się we własnej intertekstualnej głębi. Mnie jednak ten wielowarstwowy eksperyment kupił od pierwszych scen.

Fasadowość trwania

Wiele scenerii kojarzonych z filmów Andersona (pomijając te tworzone ręcznie na rzecz jego animacji poklatkowych) traktowały plener bądź architekturę jako podstawę do tworzenia własnych makiet czy rekwizytów. W przypadku Asteroid City fundamenty te nie istnieją, gdyż całość scenografii została skonstruowana niemalże od zera, w tym tytułowe miasteczko. Może skala projektu nie uderza – mowa przecież o jednej ulicy otoczonej ścianami zabytkowego krateru, siedzibą wojskową, lokalną kawiarnią i domkami do wynajęcia. Każdy zawarty w filmie martwy element jest jednak częścią żywej, spójnej, retrofuturystycznej całości z domieszką westernowego klimatu. A „własnoręczność” rekwizytów uderza. I to raczej pozytywnie.

Co prawda przez nieautentyczność budynków i rekwizytów całość wydaje się błyszczeć w plastikowy sposób, ale wcześniej wspomniana teatralność fabuły uzasadnia takie podejście do production designu. Sztuczność scenografii działa zresztą na korzyść przekazu, bo koresponduje z zachowaniami dorosłych bohaterów, chowających się często za sztuczną brodą, wyrazistym make-upem czy przyciasnymi ubraniami. To, co jest na wierzchu, ma się wyróżniać, a przy okazji (nieudolnie) przykrywać wszelkie wewnętrzne skazy, traumy i smutki. Te jednak paradoksalnie się uwalniają – głównie na przestrzeni dialogu i działań postaci.

Musisz zasnąć, aby się obudzić

Hollywoodzkie nazwiska i wizualne wodotryski mają za zadanie przekonać widza do opuszczenia gardy, zaserwować mu to, co dobrze zna, a potem uderzyć obuchem, jeśli odpowiednio rozczyta się pozostawione przez reżysera tropy. Te nie są zresztą trudne do rozszyfrowania – może na przykład dlatego, że zostają kilkukrotnie na przestrzeni filmu wyraźnie wykrzyczane?

Bo krzyczy się tu: „Nie rozumiem tej sztuki!”. Zresztą takie stanowisko zajmuje główny bohater, Augie Steenbeck. To aktor grający owdowiałego fotografa wojennego. Po utracie żony samotnie opiekuje się czwórką dzieci i wdaje się w romans z pogrążoną w borderline’owych zaburzeniach diwą Midge Campbell. Dwójkę tę łączy jedno – głęboko zakorzeniony ból, żal i gorycz, którym nie chcą się dzielić ze światem zewnętrznym. Może się tego wstydzą? Może wiedzą, że jako osoby dorosłe powinny reprezentować siłę w obecności swych synów i córek? A może po prostu tak mają napisane w scenariuszu? W każdym razie – wszyscy ojcowie, matki, biznesmeni i wojskowi cierpią tu tę samą przypadłość – chowanie szczerych emocji za społecznymi maskami.

Krzyczy się tu także: „Chcę zostać zauważony we wszechświecie!”. O tym mówią jednak najgłośniej przebywający w Asteroid City niepełnoletni. Znajdują się oni w tym mieście nie bez powodu – rywalizują o specjalne stypendium naukowe przyznawane na bazie dokonań technologicznych. Nieustannie cyrkulujące w mózgu tychże dzieciaków myśli zadręczają je jednak częstymi pytaniami o przynależność do tego świata, o istnienie pozaziemskich form życia, o to, co czeka nas po śmierci. I ci nastolatkowie swoimi problemami, pytaniami i ambicjami ze światem dzielić się nie boją. Stoją w opozycji do zamkniętych w sobie dorosłych, jako młode pokolenie kontestują otaczającą ich rzeczywistość.

No i nareszcie – wielokrotnie wykrzyczane tu zostaje: „Musisz zasnąć, aby się obudzić!”. W skrócie: aby zrozumieć, po co chodzisz po tym świecie, musisz przez jakiś czas poszukiwać sensu. Z jednej strony jest to apel do młodych – aby dalej dociekali. Ja traktuję to też jako słowo pocieszenia dla nieco starszych – okej, chowacie w sobie sporo bólu, żyjecie rutyną, ale w końcu się od tej monotonii uwolnicie.

Bohaterów Asteroid City z tego marazmu wyciąga wydarzenie nieprzewidziane, tzw. bliskie spotkanie trzeciego stopnia. Element nadprzyrodzony (a może właśnie w pełni naturalny) naznacza życia wszystkich bohaterów na określony czas i choć po kilku dniach przychodzi moment zapomnienia i powrotu do zadręczania się „tu i teraz”, to już do końca ich egzystencji z tyłu głowy będzie tliła się myśl o tej jednej magicznej chwili, która daje jakąkolwiek nadzieję na to, że gdzieś pomiędzy gwiazdami albo niebieskimi pastwiskami czeka coś więcej niż nicość. A to wszystko zamknięte w geometrycznie i kolorystycznie perfekcyjnych ujęciach Wesa Andersona. Miałem zjeść ciastko, a wypiłem eliksir poznania. Chciałem się pohuśtać na wylakierowanym placu zabaw, a byłem świadkiem kolejnego testu broni jądrowej. Na szczęście udanego.

NASZA OCENA: 9/10

Karol Laska

Karol Laska

Swoją żurnalistyczną przygodę rozpoczął na osobistym blogu, którego nazwy już nie warto przytaczać. Następnie interpretował irańskie dramaty i Jokera, pisząc dla świętej pamięci Fali Kina. Dziennikarskie kompetencje uzasadnia ukończeniem filmoznawstwa na UJ, ale pracę dyplomową napisał stricte groznawczą. W GOL-u działa od marca 2020 roku, na początku skrobał na potęgę o kinematografii, następnie wbił do newsroomu, a w pewnym momencie stał się człowiekiem od wszystkiego. Aktualnie redaguje i tworzy treści w dziale publicystyki. Od lat męczy najdziwniejsze „indyki” i ogląda arthouse’owe filmy – ubóstwia surrealizm i postmodernizm. Docenia siłę absurdu. Pewnie dlatego zdecydował się przez 2 lata biegać na B-klasowych boiskach jako sędzia piłkarski (z marnym skutkiem). Przesadnie filozofuje, więc uważajcie na jego teksty.

„Najlepszy scenariusz, jaki kiedykolwiek czytałem”. Channing Tatum dalej chciałby zrobić anulowany 23 Jump Street, na który mają dobry pomysł

„Najlepszy scenariusz, jaki kiedykolwiek czytałem”. Channing Tatum dalej chciałby zrobić anulowany 23 Jump Street, na który mają dobry pomysł

Kiedy Slow Horses powróci z z 4. sezonem? Znamy dokładną datę premiery

Kiedy Slow Horses powróci z z 4. sezonem? Znamy dokładną datę premiery

„Absolutne arcydzieło”. Quentin Tarantino uwielbia kontynuację horroru z lat 80., która okazała się klapą finansową

„Absolutne arcydzieło”. Quentin Tarantino uwielbia kontynuację horroru z lat 80., która okazała się klapą finansową

„Czuję się jak idiota”. Eddie Murphy wciąż żałuje, że odrzucił jeden z największych hitów lat 80

„Czuję się jak idiota”. Eddie Murphy wciąż żałuje, że odrzucił jeden z największych hitów lat 80

Farciarz Gilmore powróci. Adam Sandler i Netflix stworzą sequel lubianej komedii

Farciarz Gilmore powróci. Adam Sandler i Netflix stworzą sequel lubianej komedii