Zwykły chłopak z Podlasia w Hollywood - rozmawiamy z Tomkiem Bagińskim

Tomek Bagiński ma za sobą pracowity okres. Nakręcił Rycerzy Zodiaku, swój pierwszy samodzielny film na bazie kultowego anime. Uznaliśmy, że to dobry moment, by wziąć polskiego reżysera blockbustera na spytki.

science fiction
Hubert Sosnowski 9 maja 2023
10
Źrodło fot. Rycerze Zodiaku, reż. Tomek Bagiński, Sony 2023; Twardowsky, reż. Tomek Bagiński, Platige Image/Allegro 2015
i

Tomka Bagińskiego nikomu przedstawiać nie trzeba. Zyskał rozgłos z pomocą świetnej animacji Katedra, stworzył znakomite czołówki do serii Wiedźmin od CD Project RED, dołożył swoje trzy grosze do serialu Netflixa o Geralcie oraz pomógł powołać do życia cykl Legendy Polskie, między innymi Twardowskiego z Robertem Więckiewiczem. Niedawno zaś wziął się za adaptację kultowego w pewnych kręgach anime Rycerze Zodiaku, które możecie pamiętać z dzieciństwa upływającego pod znakiem RTL7. Już niedługo sami będziecie mogli obejrzeć to widowisko, a chwilę wcześniej przeczytać naszą recenzję.

Z reżyserem, założycielem studia Platige Image, mogłem porozmawiać zarówno o nadciągających Rycerzach, jak i drodze Bagińskiego do miejsca gdzie jest teraz. O fascynacjach i inspiracjach filmowych, o różnicach między zachodnią a japońską narracją, wreszcie o Wiedźminie czy przyszłości Legend Polskich oraz innych projektów, które Tomek chciałby nam dostarczyć. Zapraszam do rozmowy!

Hubert Sosnowski: Czy odczuwasz taką zawodową satysfakcję, czy jesteś w tym miejscu, w którym chciałeś być jako reżyser, twórca filmowy – z Rycerzami Zodiaku, z tym wszystkim, co masz teraz na koncie?

Tomek Bagiński: I tak, i nie. Cechą tego zawodu, bez której nie da się go wykonywać dobrze, jest wieczny głód. Wieczny głód kolejnych wyzwań, projektów. Bardzo się cieszę z premiery Rycerzy Zodiaku, bo to była długa przygoda. Z wieloma zwrotami akcji, gdyż projekt ruszył siedem lat temu. I cieszę się, że w końcu wylądował na ekranie. W życiu filmowca bardzo często pracuje się nad projektami, które utykają w piekle developmentu. Rycerzy Zodiaku udało się dociągnąć do końca i gdybyś mnie zapytał trzy tygodnie temu, to jeszcze byłem mocno zestresowany. Mamy już za sobą premierę w Tokio, która wyszła bardzo fajnie. Z bardzo dobrymi reakcjami zarówno ze strony krytyków, jak i widzów. I to daje jakiś rodzaj pewności siebie i radości. Oraz świadomość, że w tych trudnych warunkach udało się zrobić coś w miarę dobrego i że to też nie jest koniec drogi. To znaczy dla mnie ta droga jest ciągle otwarta. Nauczyłem się piekielnie dużo. Dotyczy to zarówno Rycerzy Zodiaku, jak i kilku innych rzeczy, które robiłem w ciągu ostatnich lat. Teraz czuję się gotowy do kolejnych wyzwań. Lepiej rozumiem, jakich błędów unikać. I wiem też, na co bardziej stawiać.

Jestem ciekaw, jak to się stało? Jak „zwykły chłopak z Podlasia” dotarł do etapu, w którym pracuje nad Wiedźminem, Legendami Polskimi, a teraz skończył Rycerzy Zodiaku?

No to ile mamy czasu?

Sporo.

No to tak. Prosty chłopak z Podlasia, ale od wczesnego dzieciństwa wiedział, co chce robić. Nie każdy tak ma. Wiele osób wybiera swoją drogę życiową bardzo długo i szuka rozmaitych ścieżek. Tymczasem ja wiedziałem, że chcę opowiadać historię obrazem, i to od wczesnego dzieciństwa. Rysowałem komiksy, jak miałem ze trzy lata. Pisać nie umiałem porządnie, ale już zacząłem tworzyć. Zobaczyłem wybuchy w Star Wars i widziałem w tym to, co chcę robić. Oczywiście, będąc młodym człowiekiem, nie do końca jeszcze zdawałem sobie sprawę, z jakiego miejsca startuję. Oraz że niektóre plany na życie mogą się wydawać takim porywaniem się z motyką na słońce. Ale być może dzięki naiwności i uporowi się udało. Ja naprawdę bardzo chciałem to robić od zawsze. Tak sobie wybierałem rozdroża w życiu, że ilekroć próbowałem iść trochę w bok, to wracałem na swoją drogę. Chciałem opowiadać historię obrazem.

Zwykły chłopak z Podlasia w Hollywood - rozmawiamy z Tomkiem Bagińskim - ilustracja #1
Rycerze Zodiaku, reż. Tomek Bagiński, Sony 2023

W głębokiej komunie w Białymstoku to się wydaje drogą niesłychanie ryzykowną, ale miałem to szczęście ze swoimi rodzicami, że dali mi bardzo dużą dowolność wyboru ścieżki życiowej. A ja naprawdę spróbowałem po drodze nauczyć się paru innych rzeczy. Przez chwilę myślałem, że zostanę lekarzem, ale to nie działało – zawsze wracałem do obrazu. Do ciśnienia w środku, które kazało mi opowiadać historię. No i jedziemy dalej przez kolejne lata. Przez kolejne krótkie filmy, próby pracy przy reklamach i efektach wizualnych. Miałem sporo szczęścia do ludzi, których spotkałem. Udało mi się dzięki pierwszym próbom, które przyniosły jakieś sukcesy festiwalowe, znaleźć pierwszego agenta, pierwszego menedżera w Stanach. Zacząłem też jeździć do Stanów, żeby prezentować projekty, bo miałem w sobie taką zajawkę i przekonanie, że będę przywoził projekty tam, ale robił je w Polsce. To było strasznie ambitne postanowienie, że chcę kręcić w miejscach, które w miarę znam, a do tego muszę się nauczyć innego środowiska, czyli muszę jeździć do Hollywood. Przyswajać pewien kod kulturowy, sposób mówienia czy prezentacji projektów. Przyswajać sposób, w jaki się myśli nad historią. Przy wszystkich wadach systemu hollywoodzkiego (jest momentami bardzo twardy, bezduszny) mają to wszystko dopracowane. Mają strukturę, którą zajmują się tysiące ludzi.

No tak, mają Snydera od Save the Cat!, mają Josepha Campbella i innych, którzy ustalali reguły opowiadania historii.

Tak. Mają ogromną tradycję.

W ogóle – idealnie zacząłeś. Wszystko, co robiłeś – Wiedźmin, Legendy polskie nawet Katedra – to nasza tradycja narracyjna i krąg kulturowy zachodni, europejski oraz amerykański. Teraz wziąłeś się za Rycerzy Zodiaku, czerpiąc z kompletnie innego źródła. Jak bardzo musiałeś się przestawić mentalnie jako twórca, żeby porwać się na coś tak egzotycznego? No i ryzykownego, bo ekranizacje anime różnie sobie radzą.

Anime było w pewnym sensie odpowiedzią na Hollywood. Bardzo dużo rzeczy zrobionych w anime jest mocno zainspirowanych kinem amerykańskim, tyle że tam dochodzi ten smaczek innej kultury, wrażliwości. Ja w ogóle anime uwielbiam, jestem fanem, co nie jest wielkim zaskoczeniem, wchodziłem do przemysłu filmowego poprzez animacje. Znajomość tego języka była potrzebna. Znowu cofnijmy się do lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych. Japońska animacja to jedyne miejsce, gdzie powstają filmy animowane, które nie są komediami dla dzieciaków. I nie mówimy o jakichś tam arthouse’owych eksperymentach. To jest w ogóle kino popularne, masowe, oglądane.

Za spore budżety.

Tak, a do tego powstawały tam słynne seriale. Czy to był Dragon Ball, czy jakieś opowieści dla innej widowni w rodzaju?

...Akira, Ghost in the Shell?

Tak! Akira i Ghost in the Shell to w ogóle wyższa kategoria wagowa, ale mówię nawet o takich zupełnie popowych rzeczach jak Czarodziejka z Księżyca. Czyli to wszystko generalnie jest szerokie, żywe, duże. Duża kultura, ale mało się wie o genezie tego wszystkiego. To była taka lokalna odpowiedź na kino amerykańskie, w której ogromna ilość rozwiązań technicznych została wymuszona przez ówczesne ograniczenia techniczne czy budżetowe. I to się stało językiem anime. Językiem, który jest dla nas teraz ciekawy, inny, odróżniający się od produkcji z innych kręgów kulturowych. Na przykład dialogi prawie zawsze są bardzo statyczne. Na przykład często widzimy zbliżenie twarzy i mrugające oko. Dlaczego? Bo tak jest taniej. Cały budżet idzie w sceny akcji, które z kolei trzeba pompować do absurdu, robić niesamowicie efektowne i ciekawe.

To nie jest takie znowu odległe, ale wróćmy do Rycerzy Zodiaku. To był mniej więcej czas początku Legend polskich. Dzwoniłem do firmy Valhalla Entertainment produkującej m.in. The Walking Dead. Od nich przez swojego menadżera dostałem scenariusz innej adaptacji anime. Zapytali: co można z tym zrobić? Czy byłbym zainteresowany? A jeżeli byłbym zainteresowany, to jaki miałbym pomysł na realizację tego? Byłem wtedy po Hardkorze 44, po dziesięciu czy dwunastu próbach zdobycia jakiegoś projektu. Miałem poczucie, że nauczyłem się pewnego kodu językowego, jakim należy tam mówić.

Zwykły chłopak z Podlasia w Hollywood - rozmawiamy z Tomkiem Bagińskim - ilustracja #2
Smok, reż. Tomek Bagiński, Platige Image 2015

Byłem też trochę zmęczony tym miękkim podejściem, że jak się jest reżyserem bez dorobku, to trzeba zawsze być zakochanym w swoim projekcie. Zanim przejdzie się do konkretów, przez pół godziny trzeba wymieniać uprzejmości. Wtedy tkwiłem już w środku zdjęć do bodajże Smoka Wawelskiego. Byłem trochę zbyt zmęczony na te uprzejmości, więc wywaliłem kawę na ławę. Powiedziałem, co należy w tym projekcie zmienić, poprzestawiać, poukładać. To się nie do końca spodobało akurat Amerykanom, ale za to bardzo spodobało się Japończykom, którzy byli właścicielami tego projektu. Nagle ktoś im podał konkretne rozwiązania, jak można ten projekt usprawnić. Wtedy chodziło o zredukowanie trochę skali, ale zachowanie efektowności. Budżet tam wychodził poza limity i trzeba było coś zaproponować.

No i myśmy się bardzo zaprzyjaźnili z tymi japońskimi producentami, zaczęliśmy rozmawiać o tym projekcie, powstało kilka wersji scenariusza. W trakcie tych prac zapytali mnie, czy nie chciałbym jeszcze zerknąć na inny projekt, który też stanowi podobne wyzwanie.

I to byli Rycerze Zodiaku. Akurat wtedy niewiele o nich słyszałem. To w ogóle jest ciekawa sprawa. Rycerze byli superpopularni w Europie Południowej (Włochy, Francja, Hiszpania), bardzo popularni w Ameryce Południowej i w Azji. Dużo szerzej się to nie przebiło, kiedy ten serial był emitowany.

Czytałem o tym, że nie umieli się przebić, choć próbowali kilkakrotnie, mimo różnych wersji i podejść.

Tak. Kilka razy były próby w Stanach. W Polsce to leciało w bloku anime na RTL 7 z kilkoma innymi japońskim animacjami. To się oglądało, ale nie byłem w to bardzo zaangażowany. Po prostu znałem tytuł.

Kilka lat temu zaczęliśmy pracować nad scenariuszem filmu i krok po kroku dochodziliśmy do jakiejś formy. Po drodze mieliśmy około 16 draftów? Coś takiego. W zgodzie z hollywoodzkimi zasadami wymieniamy trzech scenarzystów, ale tak naprawdę było więcej ludzi piszących rozmaite wersje scenariusza. Bo jest to też niesłychanie trudny projekt koncepcyjny. Z jednej strony to rzeczywiście adaptacja anime. To jest grząski grunt, nie zawsze się udaje, ale tutaj miałem ogromne szczęście, bo pracowałem nad tym z japońskimi producentami. Mieliśmy możliwość konsultowania niektórych rzeczy z autorem oryginalnej mangi. A więc to się troszeczkę udało rozładować, ale też mamy sytuację, w której mamy ogromną ilość odcinków, bardzo rozbudowaną historię. Mamy także na uwadze fanów, którzy spodziewają się zobaczyć np. konkretne bitwy między rycerzami. W pierwszym filmie musimy bardzo dużo czasu poświęcić wprowadzeniu widza, który nigdy wcześniej o Rycerzach Zodiaku nie słyszał, w ten świat.

To uniwersum jest generalnie do ogarnięcia. Bazuje na greckich mitach, jak i takiej wewnętrznej energii, Kosmo, którą można porównać pewnie z dużym przymrużeniem oka do Mocy z Gwiezdnych wojen. Wszystkie te elementy trzeba w mniej niż dwie godziny wyjaśnić widzowi, który nigdy wcześniej się z Rycerzami Zodiaku nie spotkał. Zakładaliśmy, że chcemy zrobić zwarty film, który widza zainteresuje i za bardzo nie zmęczy. W anime mamy do czynienia z kilkudziesięcioma postaciami i kilkoma poważnymi dużymi story arcami – każdy będący historią na trzydzieści, czterdzieści odcinków ze zwrotami akcji. Musieliśmy jednak w jakiś sposób spróbować „opowiedzieć” ten świat, ale zaczynając od tej pojedynczej historii głównego bohatera – Seiyi. Wymyśliliśmy to sobie, że podejdziemy do tego trochę jak Marvel do pierwszego Iron Mana. Jak do filmu relatywnie skromnego, relatywnie...

...kameralnego?

Kameralnego może nie, ale bardzo skupionego na jednej konkretnej rzeczy. Mam takie przekonanie, że filmy takie powinny być. Skoncentrowane. Powstaje coraz więcej obrazów superbohaterskich, które próbują powiązać multiwersum i dziesiątki postaci. Mam wrażenie, że to nie jest do końca język filmu, to raczej język serialu. Film powinien być bardzo skurczony. Do konkretnej opowieści o konkretnym bohaterze. Do tego dopiero dokładamy kolejne elementy.

Trudno było przełożyć pierwszy duży story arc i te japońskie maniery narracyjne na dwugodzinny film?

Nie, bo znaleźliśmy klucz na postać i klucz, żeby zachować nawet nie tyle story arc, co ogólny ton. Mam obsesję na tym punkcie. Nie chcę otwierać jakiejś torby z grzechami, ale uważam, że najważniejsze jest zachowanie tonacji. Dużo rzeczy można modyfikować, dyskutować, kombinować, ale ważne pozostaje serce. Żeby tonacja pozostała nieruszona. To wydaje mi się najpiękniejsze w tym wszystkim. Ten projekt dojrzewał tak długo, że w końcu złapaliśmy ten ton. Złapaliśmy oś główną i można było z tym jechać dalej.

Zwykły chłopak z Podlasia w Hollywood - rozmawiamy z Tomkiem Bagińskim - ilustracja #3
Rycerze Zodiaku, reż. Tomek Bagiński, Sony 2023

Mieliśmy wchodzić na plan zdjęciowy Rycerzy Zodiaku zaraz po drugim sezonie Wiedźmina... I walnął COVID. W międzyczasie miałem zrobić Twardowskiego 3.14 z Legend Polskich, który miał gotowy scenariusz i finansowanie. COVID poprzewracał wszystkie plany. Ludzie przestali chodzić do kin, więc nagle ten biznes stał się niesłychanie bardziej ryzykowny. Wszedłem na plan znowu po drugim sezonie Wiedźmina, ale to było rok później względem tego, co zamierzaliśmy. Tam zmieniło się kilka założeń i miejsce, gdzie to kręciliśmy.

Zapytałeś na samym początku: jak to jest, że tych projektów jest tyle? Ich jest jeszcze więcej, wychodzą tylko niektóre. To jest po prostu taki rodzaj pracy, gdzie trzeba obstawiać dużo różnych kierunków z nadzieją, że być może jedna rzecz na kilka wypali. Bolesne więc było nie tylko skracanie scenariuszy i zmiany. Amerykańscy scenarzyści mówią o tym...

...Kill your darlings?

Tak. Trzeba się nauczyć takiego chłodu przy pracy nad projektem. Nie znajdziesz na wszystko czasu, nie masz na wszystko budżetu, nie dasz rady zrobić wszystkiego, więc musisz wybrać to, co najważniejsze. To, co jest najlepsze, w danym momencie nowego projektu. To działa też na tym metapoziomie, że wybierając jeden projekt, odsuwasz w czasie inne. Mogą zostać jeszcze bardziej opóźnione, być może nigdy nie zdążysz ich ukończyć. Niestety, takie decyzje podejmuje się w tej pracy dość często.

Właśnie, wspomniałaś o kilku decyzjach i o wybranym tonie. Mogłem obejrzeć już Rycerzy i zauważyłem, że poszedłeś w camp. Tam jest dużo humoru, ale i tak widać, że poszedłeś w to z pełnym przekonaniem, bez asekuracyjnego mrugania okiem. Trudno dzisiaj opowiedzieć taką historię po Marvelu i wszystkich tych autoironicznych blockbusterach? Nie bałeś się tej odrobiny powagi?

Mnie w ogóle jest bliżej do lżejszych tonów. Przy kilku postaciach próbujemy to troszeczkę zmiękczyć, np. przy Mylocku [Mark Dacascos – przyp. red.]. Trzeba jednak pamiętać, o czym są Rycerze jako cała manga, cała historia. Opowiadają bardzo dużo o poświęceniu. O walce z przeciwnikiem czy przeciwnością, która jest większa od nas samych. A mimo to bohaterowie tych historii decydują się na tę walkę, idą w to. Nawet jeżeli wiedzą, że jedynym wyjściem jest przegrana. Do tego trzeba podejść na zasadzie, że wszystko albo nic. Zwłaszcza że nie mieliśmy możliwości bardzo eksperymentować. To jest film, który wydaje mi się dość rozbuchany, ale w kategoriach hollywoodzkich superwidowisk nie mieliśmy aż takich możliwości budżetowych, czasowych czy realizacyjnych, żeby aż tak mocno zaszaleć. Dlatego trzeba było z pełnym przekonaniem zdecydować się na pewien rodzaj kina. Pewien język, bo potem już się tego nie zmieni.

Jeśli zapytasz mnie, czy w montażu dużo rzeczy zostało na podłodze, odpowiem, że bardzo niewiele, bo myśmy najwięcej redukowali na poziomie scenariusza. Z nakręconych wyleciała chyba tylko jedna scena tak naprawdę. Tutaj bardzo się przydało doświadczenie z kina animowanego, które musi być dużo bardziej zaplanowane niż kino czysto aktorskie, gdzie ciągle jest możliwa żonglerka i dokrętki. Pewnie gdybym robił to dzisiaj z tym doświadczeniem, które mam, kilka rzeczy by się może trochę zmieniło. Ale jeżeli chodzi o decyzję co do tonacji, klimatu, tego miksu wybuchowej akcji ze stroną bardziej liryczną i trochę bardziej osobistą, to chyba bym tego nie chciał zmieniać.

Poprzednie pytanie zadałem, bo nie wiem, czy zauważyłeś, ale ostatnio w kinie rządzą filmy, które nawet jeśli są trochę ironiczne na drugim planie, z wierzchu traktują się bardziej serio, a przynajmniej idą w swoją konwencję na całego, jak John Wick czy Szybcy i wściekli. U Ciebie w ogóle wyłapałem trochę takiej snyderowszczyzny w slo-mo podczas walk rycerzy.

To nie jest odległy trop, bo Zack Snyder jest znany z tego, że bardzo mocno wzoruje się na dynamice scen anime. Z tych bardziej aktywnych reżyserów widać to szczególnie u niego. Gdybyśmy się cofnęli o dwadzieścia lat, to samo pewnie można by było powiedzieć o Wachowskich. Bo rodzeństwo bardzo mocno wychodziło z języka anime, z języka japońskiego kina. I ten trop jest mi dość bliski, tak naprawdę. Ludzie mają różne zdanie o Zacku Snyderze, ale ja uważam, że jest spoko, że ma jakiś swój język i styl. To jest megaważne.

To są ich inspiracje. A Twoje? Masz blockbustery albo coś bardziej egzotycznego w bibliotece inspiracji? Masz jakieś filmowe zajawki, wpływy, które może jeszcze nie są widoczne, ale niedługo będą albo już są jakoś akcentowane?

Inspiracje nie są jeszcze do końca widoczne w mojej pracy. Im więcej robi się filmów, tym bardziej język wypowiedzi staje się wyraźny i też zyskuje się więcej kontroli nad projektami. Na przykład miałem zupełnie inną kontrolę przy Rycerzach Zodiaku, a inną przy Wiedźminie. To są zupełnie inne poziomy zaangażowania. Im więcej się pracuje, tym większy ma się wpływ na ostateczny obraz. Tym bardziej ten język się uwydatnia. Ja jeszcze do tego dążę. Chociaż już mi znajomi mówią, że wyłapują pewne podobieństwa, czy to do ujęć, czy do jakiegoś konkretnego momentu.

Zwykły chłopak z Podlasia w Hollywood - rozmawiamy z Tomkiem Bagińskim - ilustracja #4
Rycerze Zodiaku, reż. Tomek Bagiński, Sony 2023

Wychowałem się na paru konkretnych rzeczach. Rzeczywiście z jednej strony było to anime, a z drugiej – szczyt tego pulpowego kina akcji lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych. Uważam, że kino rozrywkowe wtedy osiągnęło poziom być może najwyższy. Brakuje mi trochę tego typu filmów. Weźmy Predatora. Z jednej strony Predator jest strasznie serio, ale z drugiej jest niesłychanie komiksowy. Bohaterowie są mocno dopakowani, nadludzcy, ociekają testosteronem. To wszystko można bardzo łatwo zamienić w pastisz, obśmiać, ale jakoś się to udaje zbalansować. Dziś tę historię kupuję z butami, całkowicie. To samo było w Die Hard chociażby, czy wielu filmach Schwarzeneggera lub Stallone’a z tamtego okresu.

Umówmy się, to nie było aktorstwo szekspirowskie, ale takie kino działało. Kupowało się bohaterów, kupowało się ten język i tę powagę, ale z leciutkim przymrużeniem oka. Wydaje mi się to strasznie trudne, ale chciałbym kiedyś osiągnąć coś takiego. Takie swoje equilibrium, nauczyć się balansu między spiętą historią opowiedzianą serio a takim leciutkim przymrużeniem oka, mówiącym, że słuchajcie, ale to jest jednak trochę komiksowe.

Coś jak John Wick albo Szybcy i wściekli, tylko według Twojej konwencji, pomysłu i języka?

Tak, tak, zresztą język jest megaważny. Oczywiście chciałbym kiedyś coś zrobić też w Polsce – po polsku, z czysto polską wrażliwością, ale jednocześnie wykorzystując narzędzia i umiejętności z amerykańskiego kina. John Wick jest idealnym przykładem, bo w tamtej konstrukcji świata są rzeczy, które można obśmiać. Wyłapiesz tam sporo ironii podskórnej, a jednocześnie wszystko utrzymano śmiertelnie serio. Trup ściele się gęsto, krew tryska – jest to fajnie wymyślone.

Osobiście szukam historii, gdzie ta warstwa emocjonalna jest jeszcze troszkę bardziej podbita. Wydaje mi się dość ważna i dobrze, jak po rozwałce na chwilę się zatrzymamy, nawet dla samego kontrastu. Gdybyś mnie spytał, jakie kino chciałbym robić, to odpowiedziałbym, że właśnie schwarzeneggerowe...

...ale z sercem!

Z sercem, bo te filmy powstawały z sercem. To jest właśnie najważniejsze. Można się przyczepić do jakości aktorstwa, ale oglądało się je z wypiekami, bo było widać, że twórcy wkładają w to serducho. To się coraz rzadziej zdarza. Coraz częściej ten przemysł strasznie szybko pracuje. Tak wypluwa jedną produkcję za drugą, że nawet naprawdę fantastyczni ludzie i fantastyczni twórcy już zaczynają podchodzić do tego jak do mechanicznej pracy. To coś w stylu: „OK, tutaj odbijemy kartę i lecimy dalej”. Wydaje mi się, że musimy trochę jako przemysł filmowy sobie o tym sercu przypomnieć.

To co dla Ciebie jest takim serduchem w Rycerzach Zodiaku? Twoim zaczepieniem emocjonalnym i „darlingsem”, którego nie musiałeś zabijać?

Początkowo to w ogóle byłem podjarany, że mogę zrobić adaptację anime. Ta emocja działała w tle, a potem zaczęliśmy pracować z producentami i szukaliśmy kodu. Pamiętam, jak osiągnęliśmy przełom, kiedy zaproponowałem takie podejście: co by było, gdybyś był ochroniarzem niszczyciela światów? Gdzie leży twoja moralność? Masz wybór: ochronić taką osobę niezależnie od wszystkiego? To dylemat samuraja jak przy ochronie swojego suwerena. Mimo że wiesz, że ten suweren może zniszczyć świat i wszystko, co na nim jest, łącznie z tobą. A może się postawisz i spróbujesz uratować świat? Tylko że wtedy złamiesz przysięgę. Takie skomplikowanie wyboru moralnego wydało mi się bardzo ciekawe, zaczęliśmy wokół tego budować.

Zwykły chłopak z Podlasia w Hollywood - rozmawiamy z Tomkiem Bagińskim - ilustracja #5
Twardowsky 2.0, reż. Tomek Bagiński, Platige Image/Allegro 2016

Po setkach seansów na ekraniku, scena po scenie, w trakcie walki z efektami wizualnymi musiałem zmienić perspektywę. To były przecież dziesiątki, setki razy, kiedy to oglądałem. Musiałem zobaczyć to w kinie, w pełnym wymiarze, na głośno. Wtedy uderzyło mnie bardzo dużo osobistych nut bohatera, który się po prostu nie poddaje. Idzie do przodu, mimo że na początku za bardzo nie chce wchodzić w wyznaczoną mu rolę ochroniarza bogini. Kiedy już jednak w nią wejdzie, to w niej trwa i nic nie jest w stanie go zatrzymać, złamać. Dzięki temu, że jest tak niesłychanie zawzięty. Wydało mi się to ujmujące, po prostu. Główną cechą jakiegokolwiek reżysera, twórcy, który chciałby próbować w Hollywood, jest kompletny, ośli upór. Bez tego się nie da. Można być utalentowanym albo nie, ale jak się nie ma uporu, to się nigdzie nie dojdzie, niestety.

Oprócz młodych aktorów do współpracy zaprosiłeś Seana Beana i Famke Janssen – oni mają doświadczenie z fantasy, baśniami, blockbusterami. Jak się z nimi pracowało? Łatwo było im wejść w tę konwencję?

Tak, z dwóch powodów. Pierwszy pochodzi od nich. To są fantastyczni, doświadczeni aktorzy. To, co Sean Bean wnosił na plan, to dziesiątki lat pracy. Są sceny w filmie, gdzie tak naprawdę kręciliśmy jeden dubel. Obaj wiedzieliśmy, że tak to jest i nie ma co kombinować, szukać dodatkowych opcji w montażu. Praca z nimi była niebywałą radością, przyjemnością. To są ikony tak naprawdę. To są aktorzy, na pracy których się wychowywałem, a to, co mnie jeszcze dodatkowo kręci przy Rycerzach Zodiaku, to moje małe, osobiste osiągnięcie. To pierwszy film, w którym Sean Bean i Famke Janssen spotykają się w jednej scenie. Grali w tych samych filmach kilka razy [np. Golden Eye – przyp. red.], ale nigdy nie wystąpili w jednej scenie, w jednym pomieszczeniu, nigdy dotąd nie grali przeciwko sobie. To było super.

Zwykły chłopak z Podlasia w Hollywood - rozmawiamy z Tomkiem Bagińskim - ilustracja #6
Rycerze Zodiaku, reż. Tomek Bagiński, Sony 2023

Druga kwestia była taka, że myśmy faktycznie mieli tych bohaterów dobrze przemyślanych. Czerpaliśmy ze story arców z anime i mangi, ale też z naszej pracy scenariuszowej. Wiedzieliśmy, kim są te postacie, jaka jest ich przeszłość. To było bardzo łatwo zakomunikować aktorom i dało im taki fundament, żeby nie musieli kombinować. Mieli dokładnie te postacie zarysowane i mogli wnieść osobistą energię do tego. To jest przyjemność oglądać tych aktorów przy pracy. Ogromna frajda. Miałem sporo szczęścia.

W Tokio wszyscy aktorzy dziękowali, to było megaprzyjemne doświadczenie, że udało mi się zebrać taką świetną ekipę aktorów. Przecież to niemal cud! Moja zasługa jest taka, że udało mi się nie przestraszyć ich wszystkich i wszyscy połączyli się razem w zgrany zespół. Historia castingu każdej z tych postaci jest zupełnie inna, ale to, jak to się fajnie złączyło w taką grupę ludzi, to jest niesamowite. Spotykamy się w Tokio dwa lata po nakręceniu projektu i wciąż się wszyscy lubimy. To się wcale tak często nie zdarza.

Słyszałem, że to jest problem, że te doświadczenia i wysiłek często zmieniają ludzi i nastawienie. To teraz pójdę trochę pod prąd, bo chcę zapytać o Wiedźmina.

...To nieuniknione. [śmiech]

Tak. Tutaj masz niesamowite doświadczenie z planu, dalej przyjaźnisz się z zespołem od Rycerzy. Czy to samo możesz powiedzieć o ekipie wiedźmińskiej? Czy doświadczenia, które nabyłeś przy serialu, dobre lub złe – bo pewnie bywało różnie – przydały Ci się przy Rycerzach Zodiaku?

Zacznę od drugiego pytania. Absolutnie tak. Przy wiedźminie pracowałem w kilku różnych rolach, na różnych etapach, cały czas jestem zaangażowany w ten projekt. Bez tego pewnie bym nie zmieścił Rycerzy w budżecie, w czasie. Nauczyłem się ogromnej ilości kwestii technicznych. Żadna szkoła, żadne studia filmowe, żadne nawet projekty robione lokalnie nie są w stanie nauczyć tak dobrze tej maszyny hollywoodzkiej. Żadna szkoła nie nauczy, jak rzeczywiście wygląda praca na planie przy projekcie tej skali, jakim jest Wiedźmin. Co do poprzedniego pytania. Lubię stamtąd bardzo dużo osób, zdobyłem tam wielu przyjaciół. Wydaje mi się też, że ta ekipa się bardzo mocno zżywa w miarę powstających kolejnych sezonów. Jednak te projekty są nieporównywalne, bo Wiedźmin jest o wiele, wiele większy.

To dotyczy chociażby liczby aktorów. W pierwszym sezonie wystąpiło stu sześćdziesięciu aktorów z kwestiami mówionymi. To, ogromna ilość elementów do złożenia. To jest jedno z takich pytań, na które nie da się odpowiedzieć jednoznacznie. To pewnie zaraz będzie rozkminiane na milion sposobów, ale wierzę, że Wiedźminowi jeszcze jestem potrzebny i wierzę, że jeszcze zaskoczy widzów. Nawet tych, którzy nie do końca są zsynchronizowani z wizją, jaką przynieśli Amerykanie.

Zwykły chłopak z Podlasia w Hollywood - rozmawiamy z Tomkiem Bagińskim - ilustracja #7
Wiedźmin, showrunnerka: Lauren Schmidt, Netflix 2019

Muszę być optymistą, bo bez optymizmu nie ma czego szukać w tym zawodzie. Myślę, że jeszcze będzie dużo pozytywnych zaskoczeń. Nie zmienia to faktu, że mamy – szczególnie w Polsce, co mnie osobiście trochę gryzie – bardzo „wokalną” grupę fanów, którzy swoje niezadowolenie wyrażają niesłychanie głośno. Do takiego poziomu, że wydaje mi się to kontrproduktywne. Ja bardzo chętnie pogadałbym o tym i spróbował dać trochę bardziej precyzyjny, szerszy obraz. Myślę, że warto zrobić coś razem, a w tej chwili temperatura bywa zniechęcająca do dyskusji. To mnie troszeczkę martwi, ale mam nadzieję, że to się poprawi z kolejnymi sezonami.

Zeszliśmy na temat Polski. To żeby zatoczyć koło, domknąć Twoją „drogę bohatera”... Gdzieś tam wisi Hardkor 44 oraz trzeci Twardowski, o których wspominałeś. Co się obecnie dzieje z tymi projektami, jeśli możesz powiedzieć?

Do Hardkoru potrzebuję znacznie mocniejszego nazwiska, bo to film trudny marketingowo. Wszystko się podobało za granicą, jak to pokazywaliśmy, ale nie znaleźliśmy klucza, ani ja, ani producenci, jak to w ogóle zmarketingować. Do tego mieliśmy ogromnego pecha, bo właśnie wtedy, jak to było prezentowane, wyszedł Sucker Punch Zacka Snydera, nomen omen, i powodziło mu się średnio. Niestety, ponieważ wizualnie pewne kody i rozwiązania były zbliżone, to nam się oberwało. Ten język wizualny nagle stał się zbyt ryzykowny. Nie udało się z dużo droższym, dużo większym projektem.

Zwykły chłopak z Podlasia w Hollywood - rozmawiamy z Tomkiem Bagińskim - ilustracja #8
Praca koncepcyjna z Hardkor 44

Do dzisiaj jest to kłopot, bo to nie jest historia, tylko alternatywna, komiksowa wersja historii. Sama historia Powstania Warszawskiego jest bardzo zagmatwana dla zachodniego widza. Znowu trzeba by przeznaczyć dużo czasu na wyjaśnianie zawiłości. Kto, z kim, gdzie? Czemu Rosjanie czekają na drugim brzegu, czemu nie wchodzą? Świat o tym nie wie, kompletnie tej historii nie zna. Moje nazwisko było po prostu za słabe, żeby to ciągnąć.

Jeżeli chodzi o Legendy polskie, to tutaj sytuacja jest jeszcze bardziej skomplikowana. Raz, że COVID nam namieszał. Dwa, nastąpiły duże zmiany właścicielskie w Allegro. To są wszystko takie nieartystyczne powody, które utrudniają podejście do projektu. Do samych Legend polskich bym chciał jeszcze kiedyś wrócić. Albo po prostu napiszę nową wersję, w końcu baśnie polskie są w domenie publicznej, tylko trzeba będzie wtedy się wysilić. Myśmy cały świat wymyślili, cały lore jest stworzony, to wiele miesięcy pracy scenariuszowej.

To może kiedyś jeszcze się uda w nowej konwencji albo będziesz miał na tyle wysoką pozycję, żeby wywalczyć prawo do tego, co już stworzyłeś. I tego Ci życzę.

Na to liczę i chciałbym to kiedyś zrealizować. Wydaje mi się, że w tym jest potencjał, no bo dobre historie zawsze mają w sobie rdzeń archetypiczny. Rycerze Zodiaku działają dlatego, że oryginalna manga stoi na mitach greckich. To wszystko się przenika, archetypy, starożytne opowieści. W Legendach polskich ten rdzeń jest bardzo silny. To historie, które mamy we krwi, więc dobrze byłoby do tego kiedyś wrócić, ale zobaczymy.

Nic, tylko trzymać kciuki!

Dzięki! A w międzyczasie zapraszam na Rycerzy!

Hubert Sosnowski

Hubert Sosnowski

Do GRYOnline.pl dołączył w 2017 roku, jako autor tekstów o grach i filmach. Obecnie jest szefem działu filmowego i portalu Filmomaniak.pl. Pisania artykułów uczył się, pracując dla portalu Dzika Banda. Jego teksty publikowano na kawerna.pl, film.onet.pl, zwierciadlo.pl oraz w polskim Playboyu. Opublikował opowiadania w miesięczniku Science Fiction Fantasy i Horror oraz pierwszym tomie Antologii Wolsung. Żyje „kinem środka” i mięsistą rozrywką, ale nie pogardzi ani eksperymentami, ani Szybkimi i wściekłymi. W grach szuka przede wszystkim dobrej historii. Uwielbia Baldur's Gate 2, ale na widok Unreal Tournament, Dooma, czy dobrych wyścigów budzi się w nim dziecko. Rozmiłowany w szopach i thrash-metalu. Od 2012 roku gra i tworzy larpy, zarówno w ramach Białostockiego Klubu Larpowego Żywia, jak i komercyjne przedsięwzięcia w stylu Witcher School.

„Nie mogę tego znieść”. Ten klasyk sci-fi został doceniony przez krytyków, ale Gary Oldman do dziś źle go wspomina

„Nie mogę tego znieść”. Ten klasyk sci-fi został doceniony przez krytyków, ale Gary Oldman do dziś źle go wspomina

Akolita - czym jest wergencja Mocy w Star Wars?

Akolita - czym jest wergencja Mocy w Star Wars?

W 1991 roku wydano kontynuację Powrotu do przyszłości 3, ale mało kto wie o jej istnieniu

W 1991 roku wydano kontynuację Powrotu do przyszłości 3, ale mało kto wie o jej istnieniu

Ród smoka - ile będzie łącznie sezonów serialu HBO?

Ród smoka - ile będzie łącznie sezonów serialu HBO?

Ile odcinków ma 2. sezon Rodu smoka i kiedy pojawią się kolejne epizody?

Ile odcinków ma 2. sezon Rodu smoka i kiedy pojawią się kolejne epizody?