Filmomaniak.pl Newsroom Filmy Seriale Obsada Netflix HBO Amazon Disney+ TvFilmy
Wiadomość filmy i seriale 8 sierpnia 2022, 14:55

Sandman nie popełnia błędu Wiedźmina, jako fan mówię - tak się robi adaptacje

Sandman pokazuje, jak powinno się robić adaptacje. Sztuka polega na trzymaniu się materiału źródłowego, a nie dokonywaniu jego swobodnej przeróbki – słyszycie, twórcy netflixowego Wiedźmina?

Nie miałem większych nadziei co do Sandmana. Po pierwsze, to piekielnie trudny komiks do ekranizacji. Po drugie, Netflixowi różnie te adaptacje wychodzą, a ja sam nadal czuję się zawiedziony Wiedźminem, który został pozbawiony własnej tożsamości i wygląda niczym generyczne fantasy, jakich wiele. Na szczęście Sandmana spotkał zupełnie inny los – to bardzo udana adaptacja i wyśmienita rozrywka dla każdego miłośnika fantastyki.

Dla niewtajemniczonych – Sandman to jedna z nieśmiertelnych istot, mająca za rodzeństwo Śmierć, Pożądanie czy Rozpacz, a odpowiadająca za panowanie nad królestwem snu. Bohater, znany też pod innymi imionami, np. jako Morfeusz, zostaje złapany w pułapkę przez śmiertelników. Prowadzi to do poważnych konsekwencji dla całego świata, także tego na jawie.

Ta adaptacja, choć nieidealna, to spełnienie marzeń

Sukces serialowego Sandmana polega na wiernym trzymaniu się pierwowzoru. Scenarzyści zaadaptowali na potrzeby tej produkcji dwa pierwsze tomy serii – Preludia i nokturny oraz Dom lalki – i nie ingerowali nadmiernie w ich treść. Nawet mocniejsze wątki nie straciły zanadto na wydźwięku. Zachowano ducha wielogatunkowej opowieści, potrafiącej trzymać w napięciu thrillerowymi aspektami, jak i wprowadzać dramatyzm, humor czy oprzeć się na baśniowych elementach. Z pomniejszymi ubytkami i uproszczeniami, ale podołano.

Sandman nie popełnia błędu Wiedźmina, jako fan mówię - tak się robi adaptacje - ilustracja #1

Bez pewnych zmian oczywiście obyć się nie mogło, to zupełnie normalne. Pierwowzór trzeba było dostosować do formy serialu i uczynić przyswajalnym dla widza. To oznacza, że chwilami wykłada się tu kawę na ławę, a słowa postaci bywają nakierowane na ekspozycję i w konsekwencji pozbawione pazura, co razi – przynajmniej na początku. Im dłużej jednak przebywamy w świecie Sandmana, tym bardziej zyskuje on na autentyczności i charakterze. Ba, nawet pewne rzeczy udało się dodatkowo zniuansować.

Sandman rozwija skrzydła, gdy akcja nigdzie się nie spieszy i może poświęcić wystarczająco dużo czasu przekonującemu przedstawieniu postaci – albo przynajmniej wybrana przez twórców interpretacja już zapowiada się obiecująco. Jak w przypadku mało którego serialu wielu bohaterów zasługuje na przynajmniej krótkie omówienie. I tak np. Johanna Constantine to dobrze zaprezentowana postać. Poświęcony jej trzeci odcinek od początku raczy nas bluzgami, demonami i opętaniami, zabrakło tylko zaciągania się papierosem (komiksowy Constantine to nałogowy palacz). Wulgarność pozwala na pewne rozruszanie skostniałych dialogów i dodaje ostrości – w końcu to rozrywka dla dorosłych. Poza tym Sandman i Constantine wyglądają rewelacyjnie w płaszczach na tle nocnego miasta; śledzeniu wydarzeń towarzyszy wtedy aura paranormalnego kryminału noir.

Lucyfer z kolei okazała się jednym ze słabszych bohaterów Sandmana. Gwendoline Christie wypada w tej roli zbyt niewinnie i uroczo, a grana przez nią władczyni piekieł kojarzy się z uśmiechem porażki i bezradności. Gdzie podziała się charyzma? Jednak wiernie odtworzona wizja piekła, w którym wszędzie można napotkać cierpiące na wymyślne sposoby dusze, a demony chętnie wbiją szpilkę, gdy mają ku temu okazję, może się podobać.

Sandman nie popełnia błędu Wiedźmina, jako fan mówię - tak się robi adaptacje - ilustracja #2

W przypadku Pożądania, siostry Sandmana, idealnie podkreślono jej bycie ponad płciami, to połączenie cech kobiecych z męskimi, bez dominacji jednych nad drugimi. Jej królestwo atakujące czerwienią namiętności i atmosferą samouwielbienia nie pozostawia wątpliwości, jaka jest domena panującej tu istoty. Śmierć za to stanowi wyważenie dla ponurości Sandmana, a zarazem wprowadza dyskomfort, bo sceny z nią dotykają kwestii egzystencjalnych i udało się uchwycić w nich prozę mogącego skończyć się w każdej chwili życia.

Sandman na tym tle wcale nie odstaje. Dodano mu więcej ludzkich cech w porównaniu z oryginałem, ale wyszło mu to na korzyść – władca snów nie jest nieomylny i tym samym zagrożenie wydaje się poważniejsze. Dzięki częstszemu okazywaniu emocji protagonista może też łatwiej nawiązywać relacje z innymi postaciami. Inna sprawa, że zachodzące w nim zmiany są przedstawiane w ułamku chwili (takie jak zrozumienie popełnionego błędu) i łatwo je przewidzieć.

Dwójka sezonowych antagonistów kradnie cały show. John Dee nie jest aż do tego stopnia szalony jak w komiksie – tutaj niektóre fragmenty złagodzono. Dzięki temu jednak jeszcze lepiej wybrzmiewają refleksje o naturze człowieka i oglądamy postać, której możemy współczuć czy liczyć na to, iż zejdzie ona z obranego kursu zagłady. Koryntczyk natomiast jest uwodzącym i eleganckim zabójcą, który (dobra decyzja) od pierwszych scen knuje, jak umknąć Sandmanowi. W swoich kłamstwach, zwodzeniach i sojuszach przypomina mroczniejszą wersję Lokiego.

Sandman nie popełnia błędu Wiedźmina, jako fan mówię - tak się robi adaptacje - ilustracja #3

Wybory castingowe to przeważnie mistrzostwo (wyjątkiem jest Lucyfer) – każdy z aktorów wyciska ze scenariusza, co się da, pokazując dziwność i niejednoznaczność kreowanych postaci. I nie ma sensu krytykować decyzji o zmianie płci czy koloru skóry, skoro bohaterowie zachowują swoją tożsamość z komiksu. Można natomiast zarzucić twórcom zbytnią dosłowność w odtwarzaniu oryginału czy czasem zbytnie przyspieszenie, gdy dany wątek wymagałby jeszcze pewnego rozwinięcia czy odrobiny czasu, by lepiej zaistnieć (nie mylić z rozwlekaniem).

Rzemieślnicze podejście do surrealizmu

Nierówności scenariusze nie rażą jednak zbyt mocno i muszę wyznać z ręką na sercu, że łatwo zanurzyłem się w świat Sandmana i chętnie włączyłbym kolejny odcinek – co w przypadku seriali Netflixa ostatnio mi się nie zdarzało. Niemniej chciałbym poprawy dwóch elementów. Sceny z wykorzystaniem CGI często są nijakie. Zamiast popuścić wodze fantazji i odważnie pójść w oniryczny nurt niczym najwięksi surrealiści, twórcy trzymają się komputerowego, rzemieślniczego odtwarzania fantasy. Szkoda. Rozumiem oczywiście, że tak jest przystępniej, ale przydałoby się w pełni uwolnić potencjał Sandmana.

Gdy oglądam filmy i seriale, coraz większą uwagę zwracam na muzykę. Dobrze dobrane utwory czy przygotowane specjalnie z myślą o danym dziele melodie lub piosenki mogą stworzyć niezapomniany klimat i już na stałe kojarzyć się z pewnymi scenami. W Sandmanie na taką chwilę czekałem aż do piątego odcinka i więcej podobnie świetnych fragmentów, jeśli chodzi o ten aspekt, już nie uświadczyłem. Soundtrack ma swoje lepsze momenty, ale generalnie jest przeciętny, więc parę kawałków na licencji mogłoby zdziałać tu cuda.

Ocena Sandmana sprawia mi pewną trudność. To bardzo dobra adaptacja, bo dość wiernie przenosi na ekran fantastyczny komiks Gaimana, oferując przy tym sporą porcję rozrywki. Jednocześnie nie możemy mówić o dziele w pełni uwalniającym potencjał pierwowzoru, przekraczającym granice tego medium, bawiącym się formą w sposób eksperymentalny i onirycznym w najlepszym tego słowa znaczeniu. Mimo niedoskonałości i braku geniuszu – jest to fantasy, na jakie czekałem. Pozostaje żałować, że podobnie do tematu adaptacji nie podeszli scenarzyści Wiedźmina.

Ocena: 8,5/10