Filmomaniak.pl Newsroom Filmy Seriale Obsada Netflix HBO Amazon Disney+ TvFilmy
Wiadomość filmy i seriale 1 czerwca 2022, 12:26

Obi-Wan poruszył mnie jako historia o radzeniu sobie z porażką

27 maja 2022 roku był datą oczekiwaną przez fanów Gwiezdnych wojen. Wtedy zadebiutował prawdopodobnie najbardziej wypatrywany serial z Disney+. Czy jednak Obi-Wan Kenobi, okazuje się czymś więcej niż tylko nostalgiczną wycieczką ze starym znajomym?

Ostrzeżenie

W tekście pojawiają się spoilery z pierwszych dwóch odcinków Obi-Wana Kenobiego.

Niestety, trudno jednoznacznie odpowiedzieć na to pytanie. Dwa pierwsze odcinki pozostawiają widza z lekkim niedosytem, jednak jest nadzieja, że w pozostałych czterech twórcy zawarli wszystko, co było obiecane przed premierą. W trakcie raptem sześciu odcinków zobaczymy, co porabiał mistrz Kenobi na Tatooinie pomiędzy Zemstą Sithów a Nową nadzieją. Jest to więc okres niezbyt dobrze do tej pory wyeksponowany (przynajmniej nie z perspektywy Kenobiego), jednak fani mają swoje wyobrażenie na ten temat.

Obi-Wan poruszył mnie jako historia o radzeniu sobie z porażką - ilustracja #1

Zanim jednak zacznie się główna historia, oglądamy sekwencję, w której twórcy zdecydowali się na przypomnienie najważniejszych momentów z epizodów 1–3. Jest to w mojej opinii bardzo dobra decyzja, bowiem od czasu Zemsty Sithów minęło już przecież 17 lat i niektóre wątki mogły nam ulecieć z pamięci. Jest to też ukłon w stronę tych osób, które nie oglądały prequelowej trylogii, jednak z jakiegoś powodu zdecydowały się na spędzenie czasu z Obi-Wanem Kenobim.

Akcja serialu rozpoczyna się 10 lat po wydarzeniach przedstawionych w Zemście Sithów. Mistrz Jedi pozostawił Anakina Skywalkera na pewną śmierć na Mustafarze, a sam, po odstawieniu jego dzieci, osiadł na pustynnej planecie Tatooine w celu pilnowania Luke’a, który odegra w przyszłości bardzo dużą rolę.

The fight is done. We lost

Jeśli oczekiwaliście, że serial pokaże Kenobiego w pełni sił, byliście w błędzie. Minione 10 lat nie okazało się zbyt łaskawe dla byłego mistrza Jedi, a pewne sytuacje i – co najważniejsze – jego czyny z przeszłości ciągną się za nim niczym cień. Ewan McGregor po raz kolejny pokazuje, że świetnie odnajduje się w roli Kenobiego, doskonale oddając jego traumę. Tym razem mamy do czynienia z Obi-Wanem, który jest przybity, całkowicie stracił nadzieję i czuje się niezmiernie samotny. Personalna porażka związana z przejściem Anakina Skywalkera na ciemną stronę Mocy odcisnęła bardzo duże piętno na psychice bohatera. Jest to więc prawdziwa zmiana o 180 stopni w porównaniu z nonszalanckim i pewnym siebie jegomościem, którego znamy z prequeli. W kreacji Ewana McGregora widać tym razem dużo inspiracji postacią Bena Kenobiego z oryginalnej trylogii, granego przez Aleca Guinnessa.

Tytułowa postać jest przez to cieniem samej siebie. Mam jednak nadzieję, że w następnych odcinkach pokazany zostanie powrót znanego nam mistrza Jedi, a co najważniejsze, jego ponowna akceptacja Mocy i odpowiedzialności z nią związanej. Dodatkowo Ben Kenobi stara się odnaleźć w trudnej relacji z Owenem oraz Bailem Organą, któremu będzie zmuszony dość szybko pomóc.

W ten sposób poznajemy też młodą księżniczkę Leię, która kradnie wszystkie sceny, w jakich się pojawia, ale jednocześnie należy do najbardziej irytujących postaci w serialu. Wątek na planecie Daiyu jest pełen dziur i nielogiczności. Wydaje się, że został wprowadzony tylko po to, żeby tytułowy bohater mógł jak najszybciej odlecieć z Tatooine’a. Całość jest niepotrzebną próbą mieszania w kanonie, czego fani Gwiezdnych wojen na pewno łatwo nie wybaczą.

The Jedi hunt themselves

Pochwały należą się natomiast Moses Ingram, która w Obi-Wanie Kenobim wciela się w postać Revy czy też Trzeciej Siostry. Aktorka już od samego początku prezentuje się jako antagonistka nieobliczalna oraz nieprzewidywalna. Jednak jak na razie jej obsesja złapania tytułowego bohatera nie została w żaden sposób przez twórców wyjaśniona.

Liczę na to, że w pozostałych odcinkach autorzy dokładnie pokażą, dlaczego młoda inkwizytorka pała aż tak wielką nienawiścią do starego mistrza Jedi. Początek serialu może sugerować pewne rozwiązanie tej kwestii, jednak wolałbym, żeby scenarzyści postawili na mniej przewidywalne rozwinięcie owego wątku. Tymczasem pierwsze odcinki zdają się wskazywać, że dostaniemy praktycznie kopię historii Drugiej Siostry, znanej ze Star Wars Jedi: Upadłego zakonu. Chciałbym się mylić, jednak nie mogę oprzeć się wrażeniu, że w tym przypadku twórcy poszli po linii najmniejszego oporu.

Obi-Wan poruszył mnie jako historia o radzeniu sobie z porażką - ilustracja #2

Z postacią Revy mam jeszcze jeden, dość spory problem. Wygląda na to, że to właśnie młoda inkwizytorka będzie jedną z głównych bohaterek Obi-Wana Kenobiego, co dla osób śledzących przecieki dotyczące tej produkcji nie powinno być żadnym zaskoczeniem. Po pierwszych odcinkach mam nieodparte wrażenie, że to właśnie ona stoi w centrum wydarzeń, a jej wątek wybrzmiał jako ten najważniejszy. W pewnym momencie nawet powinno się ją określić mianem głównej bohaterki serialu, bowiem przez jej ekspozycję Ben Kenobi został niejako zepchnięty na bok i staje się postacią drugoplanową. Tym samym na razie dostaliśmy mało Kenobiego w Obi-Wanie Kenobim. Cierpią przez to również pozostali inkwizytorzy, potraktowani nieco po macoszemu, a niektórzy z nich w ogóle dość szybko zakończyli karierę.

Jak już wspomniałem, trudno ogląda się serial, co do którego już od samego początku wiadomo, że główny bohater pokona wszystkie przeciwności losu. Mam jednak nadzieję, że Disney postawi w końcu na zaprezentowanie innych historii z uniwersum Gwiezdnych wojen. Wydaje się, że ciągłe eksponowanie Skywalkerów oraz oryginalnej trylogii powoli zmierza ku końcowi – fani mogą mieć serdecznie dość oglądania wątków skoncentrowanych ciągle na tych samych postaciach.

Czy jednak Obi-Wan Kenobi to nieudana produkcja, która żeruje na nostalgii sympatyków oryginalnego Star Wars? Ocena nowego serialu platformy Disney+ na podstawie tylko dwóch odcinków jest praktycznie niemożliwa, a już na pewno byłaby krzywdząca. Ta propozycja ma swoje mocne i słabe strony, niemniej czuć w niej mitycznego ducha Gwiezdnych wojen. Nie brakuje tu smaczków, a twórcy niejednokrotnie puszczają do widza oczko w nadziei na wyłapanie nawiązań do innych dzieł kultury należących do tego uniwersum. Przypuszczam, że kilkakrotne obejrzenie wszystkich odcinków pozwoli na dostrzeżenie ich jeszcze więcej niż podczas pierwszego seansu.

Niezależnie od wszystkich niedociągnięć i wad pierwsze epizody oglądało mi się całkiem przyjemnie, a scena kończąca drugi odcinek to jest coś, na co fani uniwersum czekali długie 17 lat. Pomimo częstego narzekania i łapania się za głowę w trakcie seansu nie mogę się już doczekać, kiedy na platformie Disney+ pojawi się następny odcinek. Kolejne epizody na pewno będą pełne niespodzianek, bowiem zdecydowana większość scen ze zwiastunów znalazła się w udostępnionej wraz z premierą zawartości.