Filmomaniak.pl Newsroom Filmy Seriale Obsada Netflix HBO Amazon Disney+ TvFilmy
Wiadomość filmy i seriale 19 sierpnia 2022, 17:22

Finał Better Call Saul to najpiękniejsze oszustwo, jakie zobaczycie. Moja opinia o serialu

Better Call Saul jest dokładnie takie jak jego bohater. Błyskotliwe i cwane, a my nie potrafimy odwrócić wzroku od kolejnych sztuczek. I zwodzi nas aż do kulminacyjnych scen. Lepszego pożegnania Saul nie mógł sprezentować.

Better Call Saul to może nie serial dla wszystkich, ale w swojej niszy jest po prostu wyśmienity. Na tyle, że może mierzyć się z Breaking Bad, a choć korzysta z nieco innych sztuczek (mniej tu wystrzałów i wybuchów), to głębi oferuje tyle samo. Radości z obcowania z nim też nie jest mniej. Dlatego byłem ciekaw, czy Saul (rewelacyjny Bob Odenkirk), artysta wśród oszustów, król błaznów, utrzyma wysoką formę do samego końca. Nie będę Was długo trzymał w niepewności – Saul/Jimmy podołał. Co więcej, do końca miał w rękawie kilka nowych asów. W finale kantuje też nas, ale wierzcie mi – jest to oszustwo, którego chcieliście doświadczyć.

You sonuvab***h, I'm in

Ostatni sezon miał wiele zadań do wykonania. Z niemal wszystkich wywiązał się wzorowo, i to z Saulowym błyskiem w oku. Jest to domykanie wątków, podsumowanie historii Saula i spinanie jego drogi ze szlakiem trupów, jaki wytyczył Walter White w Breaking Bad. Wreszcie zobaczymy ostateczną przemianę Jimmy'ego w Saula, dowiemy się, jak stoją sprawy między nim a Kim Wexler (Rhea Seehorn), jak zakończy się rozgrywka z Howardem Hamlinem (Patrick Fabian). Swoją kulminację znajdzie tu też gangsterski dramat Mike'a (Jonathan Banks), Lalo (Tony Dalton), Nacho (Michael Mando) i Gusa Fringa (Giancarlo Esposito). Jak się okazuje, mimo że to prequel, stawka jest wysoka i trzyma nas na krawędzi fotela od początku aż do rozwiązania. Poznamy wreszcie perspektywę Saula na to, co przytrafiło mu się w Breaking Bad. I wierzcie mi, chcecie to zobaczyć oraz usłyszeć.

Finał Better Call Saul to najpiękniejsze oszustwo, jakie zobaczycie. Moja opinia o serialu - ilustracja #1

Vince Gilligan i spółka pozwolili sobie na więcej formalnego szaleństwa, a jednocześnie nie stracili realizacyjnej precyzji ani na sekundę. Żonglują wątkami jak starzy kuglarze, przeplatają trzy nurty czasowe – Jimmy’ego, Saula z czasów Breaking Bad oraz Saula żyjącego pod przykrywką jako Gene (ten ostatni wątek urósł do rangi pełnoprawnego i toczącego się swoim rytmem).

Kolejne odcinki szóstego sezonu z jednej strony błyskotliwie i z ogromną pieczołowitością domykały całą tę historię oraz przygotowywały bohaterów do stanięcia Saula na arenie Breaking Bad (cały czas pozostając samodzielną, bezbłędną historią), z drugiej zaś – urabiały nas. Zapraszały do udziału w ostatnim wielkim przekręcie Saula. A jednocześnie odwracały uwagę od faktu, że łajzowaty prawnik w ostatnim odcinku wrobi zarówno świat fikcyjny, jak i nas. I będziecie chcieli to zobaczyć. Bo kiedy Saul mówi „It's showtime!”, to faktycznie lepiej zapiąć pasy i szykować się na spektakl życia. Nawet jeśli odegra go łysiejący facet w pstrokatym garniturze przemawiający do zbieraniny w togach i garniturach.

Ostatni (?) skok

Ostatecznie Saul Goodman to wielki showman, który błyszczy, jeśli tylko ma się przed kim popisać. I, cholera, robi to. Porozrzucane elementy wskakują na miejsce w finale spektakularnym i jednocześnie kameralnym. Znajdzie się miejsce na pościg, na upadek, na zmartwychwstanie persony Saula po latach tułaczki, na domknięcie tam, gdzie wszystko się dla Saula (a może Jimmy'ego) zaczęło – na sali sądowej. To ten moment, moment szczerości ze sobą, z innymi postaciami oraz z widzem. Szczerości, której po ostatnich popisach Saula-Gene'a raczej byśmy się nie spodziewali. Zakończenie rozbraja prostotą, a jednocześnie pozostawia spore pole do domysłów, zwłaszcza epilog. Gra czernią, bielą, szarościami i milczeniem bohaterów. Wszyscy obecni w tych momentach aktorzy dają popis swego mistrzostwa.

Finał Better Call Saul to najpiękniejsze oszustwo, jakie zobaczycie. Moja opinia o serialu - ilustracja #2

W scenie z sądu oraz w sekwencjach poprzedzających czai się wiele tropów do rozważenia. Bo Better Call Saul to refleksja o potędze telewizji, o ucieczce w wymyślony świat, do którego wzdychał Saul po upadku. To historia człowieka, który nie umie wyrwać się z pętli własnych błędów (a może jednak? Wszystko zależy od tego, jak zinterpretujemy zakończenie). To historia o potędze i cenie kłamstwa. O uzależnieniu od niego. To, czy kończy się oczyszczeniem czy zapowiedzią „powtórki z rozrywki”, zależy tak naprawdę od tego, w co i komu uwierzymy po seansie. A bardzo chcielibyśmy uwierzyć Saulowi, prawda?

Saul to bowiem bohater z ludu, wieczny przegryw, który oszustwem próbował wyszarpać sobie drogę na szczyt, ilekroć ktoś go z niej skopywał. To jednocześnie czarodziej, który potrafi rozszyfrować niemal każdego niczym prostą krzyżówkę. I nawtykać dowolnych kłamstw. Nie umie przy tym zrozumieć ani siebie, ani swoich demonów. Czasem chyba wciąż chce dobrze. Dlatego będę do niego tęsknił bardziej niż do Waltera White'a i jego odysei przez przestępcze podziemie. Warto załapać się na to pożegnanie. Warto zobaczyć, jak w cichej, kameralnej chwale odchodzi jeden z najlepszych seriali, jakie kiedykolwiek nakręcono.

Żegnaj, Saul, ty stary, zmiennobarwny draniu. Będzie nam Ciebie brakowało.