Najlepszy Spider-Man, którego nie zobaczymy na ekranie

Jest taki Spider-Man, którego jako widzowie chyba nigdy nie ujrzymy. Spider-Man niemal podstawowy, a jednak nadzwyczajny. To Peter Parker, tylko że wymyślony lepiej, w bardzo konkretny sposób. I przez konkretnych twórców.

science fiction
Hubert Sosnowski 12 września 2023
12
Źrodło fot. Amazing Spider-Man, scen. J.Michael Straczynski, rys. J. Scott Campbell, Marvel Comics
i

Zaroiło się ostatnio od Spider-Manów w popkulturze. Czasami mam wrażenie, że to ostatni bohater, który ratuje reputację Marvela (Guardiansi są świetni, ale też często zajmują jakby osobną przegródkę). Na wielkim ekranie widzieliśmy już Petera Parkera o wielu twarzach (Tobeya Maguire’a, Andrew Garfielda, Toma Hollanda), ostatnio też Milesa Moralesa, który ciągnie za sobą wszystkie możliwe warianty w serii Spider-Verse. Zarówno Into the Spider-Verse, jak i Across the Spider-Verse to świetne filmy – choć koncepcja wieloświata wychodzi mi już bokiem – ale i tak mam żal do Marvela, tego komiksowego i tego kinowego, a także do Sony. O to, że nie pozwalają obejrzeć przygód najlepszego możliwego Spider-Mana, jaki powstał.

Myślicie, że chodzi o jakąś wypasioną wersję, przeróbkę (no dobra, jest jedna, ale o niej w osobnej rameczce)? Otóż nie. To ten sam Peter Parker, mainstreamowy Peter Parker, w komiksach oznaczony jako ten ze świata 616. Tylko że podany według bardzo specyficznej receptury przez niepowtarzalnego autora – i kilku niemal mu równych. Receptury, której teraz się unika. A wszystko przez to, że Marvel boi się dojrzałości tej postaci. Trzęsie przed nią portkami i prędzej się zesmarka, niż dopuści ją do głównego nurtu. Jakby zapomniał, że świat poszedł naprzód. Szansa na prawdziwą ewolucję tej postaci była – i to niejedna. Choć pewnej konkretnej szczególnie żal.

Bohater, który się popsuł

W latach 90. Spider-Man, mimo początkowych sukcesów sprzedażowych, miał się kiepsko, tak jak całe Marvel Comics. Dekada zaczęła się rekordami sprzedaży, a kończyła w ruinie. Wszystko przez dziwne zabiegi wydawnicze (pompowanie bańki spekulacyjnej specjalnymi wydaniami komiksów dla kolekcjonerów) – oraz jeszcze dziwniejsze zabiegi fabularne. Marvelowi zamarzył się spektakularny, zmieniający wszystko crossover (duża komiksowa historia zakrojona na kilkoro bohaterów i/lub serii komiksowych) , który przeobrazi Spider-Mana na dobre. Taki jak Knightfall dla Batmana czy Death of Superman. No i zrobili to. O rety, jak oni to zrobili.

Czytelnicy dostali Sagę Klonów. Nie będę tu wchodził w zawiłości fabuły, bo głowy rozbolą i Was, i mnie, dość powiedzieć, że chodziło o tytułowe kopie genetyczne i mącenie, kto okaże się prawdziwym Peterem Parkerem. Przez opowieść przewinął się szwadron złoczyńców, takich jak Doctor Octopus, Jackal czy uznawany wtedy za zmarłego oryginalny Green Goblin. Opowieść ciągnięto przez kilkanaście miesięcy w czterech równoległych tytułach (jeśli jakiś superbohater okazuje się hitem, to dostaje poboczne serie. Wiele. Pobocznych. Serii).

Najlepszy Spider-Man, którego nie zobaczymy na ekranie - ilustracja #1
Spider-Man Clone Saga Omnibus HC VOL 02 New PTG, scen. J.M. DeMatteis i inni, rys. Sal Buscema i inni, Marvel 2024,

Miała swoje dobre, dramatyczne i nastrojowe momenty, na początku intrygowała i sprzedawała się jak ciepłe bułeczki, ale ostatecznie – wpędziła Spider-Mana w kryzys jakościowy, z którego nie wygrzebał się aż do schyłku milenium. Jedyne dobro, jakie z tego wyszło, to niejaki Kaine aka Scarlet Spider (i to drugi w dodatku... klony to skomplikowana rzecz), ale jego historia jest dość zawiła (odsyłam do ramki). Nawet tymczasowy następca Petera, popularny Ben Reilly (pojawia się w Across The Spider-Verse), został zajechany jak stary passat.

Człowiek, który naprawił Spider-Mana

Było źle, nic nie trzymało się kupy, a czytelnicy odchodzili. Marvel poszedł po rozum do głowy, obsadził nowego naczelnego, niejakiego Joego Quesadę, który potem sporo nabroił, ale na przełomie wieków – okazał się zbawieniem. Zatrudnił szwadron nowych artystów i świeżych, ale doświadczonych scenarzystów, którzy mieli obycie np. ze scenariuszami telewizyjnymi i filmowymi. Wśród nich znalazł się J. Michael Straczynski. I to właśnie ten facet wyciągnął Spider-Mana z wydawniczej martwicy.

Jeśli nie siedzicie w Marvelówku, możecie tego autora nie kojarzyć, ale stworzył on m.in. przełomowy niegdyś serial SF Babylon 5, pisał dla Clinta Eastwooda (Oszukana), jego scenariusze trafiły do serii Underworld, do Strażnika Teksasu, wielu kreskówek, z Wachowskimi przygotował Sense8, a poza tym może pochwalić się autorstwem wielu komiksów mainstreamowych (Thor, Silver Surfer, Doctor Strange, Fantastic Four, Superman) i niezależnych (Rising Stars, Midnight Nation, Dream Police – wszystkie polecam).

Gość przyszedł do wydawnictwa ze świeżym spojrzeniem, fabularnym wyczuciem, zmysłem obserwacyjnym, obyczajowo-społecznym, zacięciem świato- i mitotwórczym, a przede wszystkim z niebywałym talentem literackim do dialogów i monologów wewnętrznych postaci. A także ze świadomością, jak to jest być ofiarą przemocy i jak się z tego wychodzi. Zaciekawionym życiem i inspiracjami Straczynskiego polecam ten materiał. Wtedy łatwiej zrozumieć, skąd wzięło się wszystko to, co wniósł do puli, gdy zaczął tworzyć The Amazing Spider-Man (główna seria wydawnicza o Pajączku, nie mylić z filmami!). A wniósł sporo.

Pierwsze spotkanie ze Spider-Manem a la Straczynski mogło być szokiem. Dla nastoletniego mnie – było, i to ogromnym. Po epoce TM-Semic i dziesiątkach zeszytów unurzanych w mroku, dziwności i nie zawsze zgrabnych tłumaczeniach ktoś zaproponował inną formułę. Bardziej kolorową zabawniejszą, ale jednocześnie bardziej ludzką i dojrzałą.

Spider-Man, który naprawiał ludzi

Naprawie i zmianie uległo niemal wszystko. Porzucono mroczne kolory i chaotyczne rysunki na rzecz klarownych, niepozbawionych charakterystycznego nerwu grafik Johna Romity Jr., który wtedy był u szczytu formy (w przeciwieństwie do tego, gdzie ze swoimi pracami znajduje się teraz... patrzycie w tę stronę na własną odpowiedzialność). Historie stały się bardziej zwarte i choć nad wszystkim górowało kilka głównych wątków, poszczególne epizody wnosiły więcej do puli.

Najlepszy Spider-Man, którego nie zobaczymy na ekranie - ilustracja #2
Amazing Spider-Man, Scen. J. Michael Straczynski, rys. John Romita Jr., okł. J. Scott Campbell, Egmont 2023

Peter żył w separacji z MJ, zmierzał w stronę naprawienia relacji, został nauczycielem w szkole rodem z The Wire. Ciotka May dowiedziała się, kto kryje się pod maską Spider-Mana – co zaowocowało jednym z najlepszych komiksów w historii. Cały zeszyt o wyjaśnianiu i wyjawianiu tajemnicy pokazywał rozmowę dwójki ludzi – a rozsadzał system. Na drodze Parkera postawiono zarówno starych, jak i nowych wrogów, w tym tych związanych z nadpisaniem mitologii postaci przez Straczynskiego.

Otóż J.M.S. do znanej historii o ugryzieniu przez napromieniowanego pająka dorzucił wyjaśnienie, dlaczego tak się stało. Tajemniczy Ezekiel z mentorskim zacięciem postawił to pytanie, a potem Straczynski poprzez kolejne starcia i wydarzenia na nie odpowiadał. Otóż Peter reprezentował jedną z totemistycznych mocy, oczywiście pająka. Wiązało się to z wprowadzeniem do otoczenia Spider-Mana większej ilości magii, mistycyzmu (choć już wcześniej się to zdarzało, np. przy okazji Ostatnich łowów Kravena czy Udręki), tajemnicy i niepokoju, ale też – z nowym szwadronem wrogów. Czytelnicy mogą kojarzyć takich przeciwników jak Morlun, Shathra czy Shade.

Zwłaszcza ten pierwszy zrobił wrażenie, pojawił się w otwierającym run (zakres zeszytów komiksowych, którymi opiekuje się jeden autor) Straczynskiego Revelations, za które scenarzysta zgarnął zresztą nagrodę Eisnera. Tajemniczy, niemal niepokonany wampir energetyczny żerujący na totemach kreował tajemnicę i pojawiał się zawsze wtedy, gdy u Parkera zachodziła jakaś przemiana. Później mniej zdolni scenarzyści, jak chociażby Dan Slott, wycierali sobie tą postacią gębę, ale wtedy, na początku pierwszej dekady – Morlun i cała totemistyczna otoczka podbijały stawkę. Budziły też kontrowersje, ale jakoś wydawnictwo je przełknęło, skoro największe (choć niezbyt dobre) pajęcze crossovery ostatnich lat, czyli Spider-Verse (tutaj pojawiły się podwaliny idei pod filmy z Milesem) i Spider-Geddon żerowały na spłyconym podejściu do pomysłów Straczynskiego.

Szkoda, że wtedy samego autora przy tworzeniu nie było, ale w 2007 roku zostawił Spider-Mana po wymuszonej przez Quesadę historii One More Day (Straczynski w środku runu napisał jeszcze jedną kontrowersyjną historię, Sins Past, ale jej skutki szybko olano), w której to Spider-Man po ujawnieniu tożsamości i nieudolnym ratowaniu rannej ciotki May zawiera pakt z diabłem, by wszystko odkręcić – za cenę niedawno odzyskanego małżeństwa z Mary Jane. To chyba był ten moment, w którym ktoś w Marvelu arbitralnie stwierdził, że Spider-Man nie może nigdy w pełni dojrzeć. To był ten moment, w którym Spider-Mana wykastrowano.

I odcięto od najbardziej naturalnej fabularnej ścieżki rozwoju, jaką ktokolwiek kiedykolwiek mu zaplanował. Nie dość, że dostawał u Straczynskiego nowe interesujące moce poprzez śmierć i zmartwychwstanie w The Other, to jeszcze... dojrzewał. Peter, jak i całe jego otoczenie. Dojrzewał emocjonalnie, dojrzewał nawet do jakiej takiej punktualności, do otwartości w kwestii uczuć. Do nowych, bardziej odpowiedzialnych ról. Nie musiał do tego od razu zostawać ojcem. Po prostu przestawał być zabieganym egoistą zasłaniającym się mocą i odpowiedzialnością. W jednym z najlepszych „miłosnych” komiksów, jakie przeczytałem, potrafił też wyartykułować, dlaczego kocha i dlaczego potrzebuje Mary Jane.

Najlepszy Spider-Man, którego nie zobaczymy na ekranie - ilustracja #3
The Amazing Spider-man, scen. J. Michael Straczynski, rys. John Romita Jr., Marvel Comics

Więcej, w naturalny sposób zaczął zważać na otoczenie i konsekwencje swoich akcji, także superbohaterskich (nie tracąc przy tym złośliwego humoru). Straczynski pokazał, jakie reperkusje może mieć pajęcza brawura i ile odcieni może mieć przestępczy problem – wszystko dzięki wrażliwości na tło społeczne. To inspirowało. Do patrzenia z wielu stron, do empatii, ale też do niepoddawania się. W taki zdrowy, naturalny sposób. Tak, jak mity powinny to czynić.

Widzicie, bohaterowie u Straczynskiego robili rzeczy niebywałe – uczyli się na swoich błędach, szczerze rozmawiali o emocjach. I wyciągali wnioski. Tak pełnych, dobrych dialogów, zostawiających z poczuciem, że lektura komiksu o trykociarzu wniosła coś do naszego życia – często się nie spotyka. Reagowali – na bliskich, na superbohaterskie rozpierduchy i to, co z nich wynika. W ten sposób ewoluowali wraz z historią i odsłanianiem kolejnych kart mitologii Spider-Mana.

A wszystko to zostało sprzedane za pomocą znakomitych technik narracyjnych, zabawnych, ciętych i emocjonalnych dialogów. Wspierały je monologi wewnętrzne, które nie tylko komentowały bieżące wydarzenia i dopowiadały akcję, ale przede wszystkim pozwalały podpatrywać, jak na świat patrzy Pająk, jak procesuje wydarzenia, jak działa jego nakręcony, neurotyczny umysł geniusza i ciapy-zawadiaki. Całość wspierały krótkie splecione z miejskim tłem scenki rodzajowe. To był najdojrzalszy, najzabawniejszy i najbardziej ludzki Peter Parker, jakiego widziała popkultura.

Przerwany krąg

Kaprys oraz wizja bezpiecznego zysku wydawnictwa nam to odebrała. Bo ktoś tam nie lubił relacji z Mary Jane (sic!). Bo ktoś inny policzył, że niedojrzały Peter Parker lepiej się sprzedaje (z tym bywało i bywa różnie) i uznał, że zawsze będzie przyciągał nowych czytelników.

Ależ to pieprzenie.

To znaczy, rozumiem wszystkie te powody. Nie ma nic złego w reboocie serii po tym, jak ta dociągnie do planowanego finału. Nie ma potem nic złego w odświeżeniu istniejącej postaci, jeśli robi się to z głową. Badacze mitologii i filolodzy wierzą, że mity to opowieści eliptyczne. Opowiadane z pewnymi zmianami od nowa, raz za razem, przez kolejne pokolenia, narody, cywilizacje, snujące te historie po swojemu. To zjawisko stare jak świat. Każdy bohater mitologiczny zatoczył wiele takich kółek od narodzin, przez śmierć, zmartwychwstanie (czy inną formę przemiany, dojrzewania), wprowadzanie nowych porządków i tak aż do jakiegoś zwieńczenia. A potem ktoś podłapywał tę opowieść i zaczynał ją od początku. Czasem z dokładnie tym samym bohaterem, czasem z kimś nowym.

Popkultura też to robi, ale w tak spotworniałym, przyspieszonym i podyktowanym oglądalnością tempie, że nie daje wybrzmieć jednej wersji, bo przecież ktoś zaraz może się znudzić. Chyba jednym z niewielu superbohaterskich szczęśliwców, którzy zaznali prawdziwego zakończenia, jest The Invincible Roberta Kirkmana. Jego opowieść była długa, ale miała początek, rozwinięcie i właśnie finał.

The Amazing Spider-Man Straczynskiego też mógłby po prostu przeżyć cały cykl porządnie. Z rozwinięciem i domknięciem wszystkich wątków mitologicznych, superbohaterskich i osobistych. Nie trzeba by go było od razu na koniec krzyżować, zabijać czy odsyłać w niebyt. Po prostu zostawić postać po pełnym przygód występie w punkcie, w którym wybrzmiewa mocna, znacząca puenta, a jakiś etap życia znajduje podsumowanie. Cholera, nawet dziecka nie trzeba by mu było dopisywać (kiedyś próbowano, ale szybko się z tego wycofano, przerzucono to na światy alternatywne, nie pytajcie). Problem w tym, że The Amazing Spider-Man Straczynskiego wygląda jak ucięte w połowie, bo przestraszono się prawdziwej ewolucji tej postaci. Konsekwencji nieznanego dotąd kierunku, czegoś, co może być zbyt nietypowe dla czytelników flagowej serii. Zostawiono tego bohatera w pułapce wiecznej niedojrzałości i wracania do punktu startowego. Jego krąg przerwano za wcześnie.

Jazda w dół

To, co zrobiono Parkerowi w efekcie wydawniczego konserwatyzmu, to literacka, popkulturowa zbrodnia. Zbrodnia, która promieniuje na filmy i komiksy do dziś. W komiksach przez lata królowała wizja wspomnianego Dana Slotta. To bardzo zdolny pisarz – choć w sieci trochę buc – z ręką do epickich, zakrojonych na wielu bohaterów, historii, ale kompletnie nie pasował do Spider-Mana. I wciąż nie pasuje. A opiekował się flagową serią przez lata.

Miał wiele lepszych i gorszych pomysłów, ale generalnie jego komiksy ledwie dawało się czytać, bo były płytkie, cierpiały na kryzys przeludnienia gościnnymi występami i nigdy nie pozwalały wybrzmieć tym najbardziej interesującym ideom, emocjom. Kiedy tylko pojawiała się iskierka czegoś mocnego czy szczerego – Slott zaraz się rozpraszał i wracał do najgorszych nawyków albo wciskał jakiegoś gościnnego Avengersa, bo przecież bez Avengersa nie ma komiksu.

Najlepszy Spider-Man, którego nie zobaczymy na ekranie - ilustracja #4

Kaine aka Scarlet Spider

Wyobraźcie sobie, że Clint Eastwood, Spider-Man i Wolverine mieli syna. To właśnie Kaine, antybohaterski klon Petera Parkera. To taki złodupiec, który próbuje zostawić paskudną, pełną trupów przeszłość za sobą i mieć święty spokój, ale Parkerowe geny nie pozwalają mu przejść obok cudzej krzywdy obojętnie. Błąkał się po komiksach o Spider-Manie wplątany w zawiłe historie od czasu niesławnej Sagi Klonów – jako złoczyńca, morderca i pokręcony obrońca życia prywatnego Parkerów jednocześnie. Lata 90. były dziwne. Rywalizował z innym klonem, Benem Reillym, pierwszym Scarlet Spiderem. Potem wrócił, dalej był złoczyńcą, potem poświęcił się za Petera, odżył i zaczął powolne pełznięcie ku fabularnej autonomii. Dostał nawet wychodzący przez dwa lata świetny komiks Scarlet Spider Chrisa Yosta. To była najlepsza pajęcza pozycja w czasach, gdy wszystkie inne komiksy o Spiderach zawodziły. Miała nawet trochę uroku dzieł Straczynskiego.

Fabuła zagnała Kaine’a do Houston, gdzie poznawał nowych przyjaciół, mierzył się z szaleńcami, przeszłością, korporacyjnymi zbirami, regularnymi zbirami, human traffickingiem i paroma wrogami, których dostał w spadku po Spider-Manie. Albumy o jego przygodach można kupić w sklepach sprowadzających komiksy z Zachodu, ale był na tyle nośną postacią, że przewijał się też przez główne crossovery Spidera, w tym Spider-Verse, Spider-Geddon i Spisek klonów – a z tymi mogliśmy już spokojnie zapoznać się w egmontowym wydaniu. Ogólnie dla tego bohatera warto się przemęczyć nawet z pisaniną Dana Slotta, choć najlepiej sięgnąć po run Yosta. Dostaniecie prostszą, zwartą, ale wciągającą przygodę najciekawszego Pajęczaka ostatnich kilkunastu lat. Cholera, sam bym z chęcią pisał o nim komiksy.

Pod jego opieką Spider spotykał się z kilkoma ciekawymi kobietami, stoczył dziesiątki pojedynków, walczył z inwazją ludzi obdarzonych pajęczymi mocami, z rodzinką Morluna i całym multiwersum, założył firmę, której pozazdrościłby mu Elon Musk, został opętany przez Doctora Octopusa, po czym tryumfalnie powrócił do ciała. No dużo się działo, naprawdę sporo i spektakularnie. Tylko nigdy więcej nie pozwolono Peterowi w pełni dojrzeć.

Poddawano go pozornej przemianie, owszem, ale podbudowanej pozorną ewolucją, z której Marvel słynie, i toną gadżetów, a nie faktycznym procesowaniem zmian. Po Straczynskim niemal zawsze opierano jego przygody na tych samych błędach, a ciapowatego, ale błyskotliwego i wrażliwego zawadiakę, któremu czasem powinie się noga – zastąpiono zwyczajnym, nudnym w nawykach dupkiem, który zawsze olewał cudze potrzeby, zasłaniając się, a jakże, MOCĄ I ODPOWIEDZIALNOŚCIĄ.

Najlepszy Spider-Man, którego nie zobaczymy na ekranie - ilustracja #5
Superior Spider-Man #1, scen. Dan Slott, rys. Ryan Stegman, Marvel 2013

Doszło do tego, że jego brutalny klon Kaine w serii Scarlet Spider z 2012 okazał się ciekawszą, żywszą i bardziej ludzką postacią z większym potencjałem. Teraz kolejni pisarze próbują to naprawić, wychodzi im lepiej lub gorzej, ale wszyscy – czy to schyłkowy Slott, czy Nick Spencer z późniejszą serią, czy pilotujący obecnie Amazinga Zeb Wells – zatrzymują się gdzieś w połowie albo odstawiają swoje dziwactwa. A to tylko komiksy.

W filmach jesteśmy skazani na ciągłe powracanie do młodzieńczego okresu Petera. Chwilę po tym, jak zginął wujek Ben. Lekcje o mocy i odpowiedzialności kontratakują. Te same pierwsze miłości, pierwsi wrogowie, pierwsze tragedie. Najbliżej wyswobodzenia się z tego kręgu był Spider w wykonaniu Garfielda. Po części dzięki temu, że – mimo scenariuszowych odpałów – uderzał w podobne dramatyczno-zabawno-refleksyjne tony co u Straczynskiego i zaliczał przyspieszone lekcje dojrzewania, a po części przez charyzmę Garfielda, który ze wszystkich aktorów live-action i głosowych najbardziej pasował do tego nieco dojrzalszego Petera. Amazing Spider-Many w reżyserii Webba stawiały też na większą interakcję Petera z miejskim otoczeniem.

A Peter w filmowych Spider-Verse’ach, zapytacie? To świetnie napisana postać, ale są tu dwa problemy. Jest to bowiem bohater lawirujący między pierwszym i drugim planem, ale w gruncie rzeczy robiący głównie za podporę Milesa, mimo że ma własną drogę do przejścia. I to już taki Peter bliżej zmierzchu, wchodzący w rolę mentora czy taty, zaliczającego kryzys wieku średniego.

Dobrze, że ktoś w ogóle się na ten wstrząsający etap odważył, bo tego też brakuje, ale pomija się inny, ten z komiksów J.M.S. Ten, w którym Spider odbębnił już inicjacyjne lekcje szczeniackiego herosa, wszedł w okres dojrzałości, ale ma pootwierane wszystkie bramki i chcemy zobaczyć, co z nimi zrobi – a także z konsekwencjami swoich wyborów. Oraz z tym, na co jako dojrzały facet wpływu już nie ma.

Bardzo brakuje mi w nowszych historiach o Peterze Parkerze, zwłaszcza tych kinowych, etapu „wczesnego trzydziestolatka”. Który już swoje wie, nabrał już odporności, odrobinę nasiąknął cynizmem, ale jeszcze mu się chce. Jeszcze walczy i ma coś do udowodnienia – a równocześnie może już świadomie więcej dawać otoczeniu. Popkultura czasem boi się tego etapu i bardzo szybko przeskakuje od „pokonaliśmy swoje pierwsze demony” do „lądujemy w pieluchach” (oby naszych dzieci, a jeszcze nie własnych) i już, zaraz przekazujemy wszystko, co wiemy, następnemu pokoleniu, o ile zdążymy przed własnym pogrzebem.

Może zapewnią to kolejne filmy z Tomem Hollandem. O ile powstaną. Może znajdzie się dla dojrzalszego Pająka miejsce w jakimś serialu animowanym. Może Marvelowi znowu siądą wyniki i wydawnictwo sięgnie po jakiegoś dojrzałego pisarza, może w magicznym splocie okoliczności przyjdzie z worem hajsu do Straczynskiego, żeby ten naprawił to, co się popsuło. Znowu. Ale to marzenia ściętej głowy.

Spider-Man to mój konik, mój popkulturowy, zatrzymany w połowie ból. Wy też pewnie macie taką postać w którymś z wydawnictw, jeśli jaracie lub jaraliście się superbohaterami. I pewnie macie podobne doświadczenia, bowiem większość herosów Marvela i DC uwięzionych jest w takim wielkim kręgu pozornych zmian. I dopóki rynek się nie zawali, nikt nie będzie wiedział, jak bohaterowie mogą z tego kołowrotka wyskoczyć.

Hubert Sosnowski

Hubert Sosnowski

Do GRYOnline.pl dołączył w 2017 roku, jako autor tekstów o grach i filmach. Obecnie jest szefem działu filmowego i portalu Filmomaniak.pl. Pisania artykułów uczył się, pracując dla portalu Dzika Banda. Jego teksty publikowano na kawerna.pl, film.onet.pl, zwierciadlo.pl oraz w polskim Playboyu. Opublikował opowiadania w miesięczniku Science Fiction Fantasy i Horror oraz pierwszym tomie Antologii Wolsung. Żyje „kinem środka” i mięsistą rozrywką, ale nie pogardzi ani eksperymentami, ani Szybkimi i wściekłymi. W grach szuka przede wszystkim dobrej historii. Uwielbia Baldur's Gate 2, ale na widok Unreal Tournament, Dooma, czy dobrych wyścigów budzi się w nim dziecko. Rozmiłowany w szopach i thrash-metalu. Od 2012 roku gra i tworzy larpy, zarówno w ramach Białostockiego Klubu Larpowego Żywia, jak i komercyjne przedsięwzięcia w stylu Witcher School.

Ile odcinków ma Star Wars: Akolita i kiedy kolejne pojawią się na Disney Plus?

Ile odcinków ma Star Wars: Akolita i kiedy kolejne pojawią się na Disney Plus?

Resident Alien - czy będzie 4. sezon serialu sci-fi z Alanem Tudykiem? Jest oficjalna decyzja

Resident Alien - czy będzie 4. sezon serialu sci-fi z Alanem Tudykiem? Jest oficjalna decyzja

Ile odcinków ma 4. sezon The Boys i kiedy pojawią się kolejne epizody?

Ile odcinków ma 4. sezon The Boys i kiedy pojawią się kolejne epizody?

„To trochę przerażająca rzecz do pokazania dziecku”. Natalie Portman nie chce, żeby jej dzieci oglądały jej filmy Star Wars

„To trochę przerażająca rzecz do pokazania dziecku”. Natalie Portman nie chce, żeby jej dzieci oglądały jej filmy Star Wars

„Czuję się jak idiota”. Eddie Murphy wciąż żałuje, że odrzucił jeden z największych hitów lat 80

„Czuję się jak idiota”. Eddie Murphy wciąż żałuje, że odrzucił jeden z największych hitów lat 80